|
Blog > Komentarze do wpisu
Co dalej Rafo?Gdy w ostatnim dniu zimowego okna transferowego okazało się, że Liverpool opuści Robbie Keane byłem przekonany, że lada chwila zobaczę na stronie „The Reds” zdjęcie uśmiechniętego Davida Villi trzymającego w rękach czerwoną koszulkę. Nie wierzyłem, że Rafa Benitez zdecyduje się atakować mistrzostwo i Puchar Mistrzów jednym napastnikiem. Liverpool nowego napastnika nie kupił. Hiszpan zrezygnował z Keane’a choć wiedział, że lepszych na jego miejsce nie ma. Kiedy byliśmy w Liverpoolu szef działu sportowego lokalnej gazety tłumaczył nam, że nikt nie ma wątpliwości, co do klasy Irlandczyka. Kłopotem było przystosowanie się do taktyki Beniteza. Gdy doszło do konfrontacji taktyki i Keane’a Hiszpan ani myślał modyfikować pomysłu na zespół. Tak jest zresztą od lat. Na początku Benitez fascynował. Jajogłowy trener wydawał się odkryć wzór na wygrywanie. W ciągu trzech lat dwa razy dotarł do finału LM. Ale niepostrzeżenie wzór stał się dla niego najważniejszy. Nieważne, czy przynosi efekty. Do wzoru dopasowuje piłkarzy, nie zważając, jakie umiejętności prezentują ci do niego nie pasujący. W styczniu w imię wzoru skazał się na pół sezonu modlitw w intencji zdrowia Fernando Torresa. Jeśli 25-letni napastnik dozna kontuzji do ataku Liverpoolu wskoczy David N'gog. Benitez pociesza kibiców, że w ataku może wystawić Ryana Babela i Dirka Kuyta. Pierwszy jeszcze na tej pozycji w Liverpoolu nie zagrał. Drugiego od dwóch lat Hiszpan oducza gry w napadzie. Przed przyjściem do Liverpoolu Kuyt w trzech sezonach strzelał w lidze ponad 20 goli. W poprzednim ledwie trzy. Z braku piłkarza pasującego do wzoru został przekwalifikowany na prawego pomocnika. Gra bardzo dobrze, biega, drybluje i podaje, ale ciągle jest tylko napastnikiem przekwalifikowanym na prawoskrzydłowego. W takim klubie jak Liverpool takie rozwiązanie powinno być ostatecznością, a nie stanem permanentnym. Prawego pomocnika Benitez szuka zresztą od czterech lat. Wydał kilkanaście milionów funtów i nie znalazł człowieka, który potrafiłby zasuwać wzdłuż linii końcowej. Od dawna Hiszpan narzeka na brak pieniędzy, ale jednocześnie przez pięć lat nie udało mu się kupić żadnego młodego piłkarza, który wskoczyłby do pierwszego składu. Takich jakich na pęczki sprowadza Arsenal, takich jak Rafael, Fabio czy Possebon w Manchesterze. Benitez domaga się większej władzy nad transferami, ale z jego pomysłów ledwie kilka nie zakończyło się katastrofą. Djibril Cissé (14,5 mln funtów), Josemi (2), Antonio Núñez (1,5), Luis García (6), Fernando Morientes (6,3), Lucas (6.0), Charles Itandje (1.4), Sebastian Leto (1.8), Andrea Dossena (8), Jermaine Pennant (6,7), Yossi Benayoun (5) czy w końcu Ryan Babel (11.5) Anfield Road nie podbili. Dlatego środowy mecz z Realem będzie dla Beniteza ważny wyjątkowo. Nie dlatego, że spotka się z klubem, w którym niegdyś pracował. Wyeliminowanie Realu zapewni mu trochę spokoju, porażka będzie zwiastować kolejny sezon bez trofeum. Jego drużyna traci już siedem punktów do liderującego w lidze Manchesteru United, regularnie traci punkty ze słabeuszami i średniakami. Odpadła z Pucharu Ligi i Pucharu Anglii. Gdyby nie świetna postawa w pierwszej połowie sezonu Benitez grałby z Realem o wszystko. W pierwszych 13. kolejkach Liverpool zdobył 32 z 39 punktów. W następnych 13. tylko 23. Po meczu z Realem, w którym, jak piszą Anglicy, będzie walczył ze swoją przeszłością o przyszłość, może być bliżej Madrytu niż Liverpoolu. poniedziałek, 23 lutego 2009, michal.szadkowski
TrackBack
|
|
A ManUtd też kiedyś musi mieć kryzys,nie?