Some people think football is a matter of life and death. I assure you, it s much more serious than that. Bill Shankly
poniedziałek, 09 lutego 2015

Gdy jesienią Hervé Renard zostawał trenerem Wybrzeża Kości Słoniowej ostrzegał, że nie jest czarodziejem, ale w niedzielę na stadionie w Malabo wszystko było magiczne. Ta biała koszula, w której nie przegrał 17 meczów Pucharu Narodów Afryki z rzędu, po drodze zdobywając złoto z Zambią i WKS. Karne, które jego piłkarze zaczęli od dwóch pudeł, by pokonać Ghanę 9:8. Bohater Boubacar Barry, przez lata nazywany brzydkim kaczątkiem pokolenia nazywanego przez Iworyjczyków „złotym”, jeszcze zanim cokolwiek wygrało. Renard posadził go na ławce, wpuścił dopiero na finał, bo kontuzję leczył pierwszy bramkarz Sylvain Gbohouo. Barry obronił dwie jedenastki i wykorzystał swoją, dając WKS pierwszy triumf w mistrzostwach kontynentu od 23 lat. Magiczna jest też droga Renarda, który kilka lat temu prowadził firmę sprzątającą i wstawał o trzeciej nad ranem, by opróżniać kosze na śmieci, a z czwartoligowego angielskiego Cambridge United wyleciał po kilku miesiącach, bo nie znał języka.

Niemal na pewno WKS miał w ostatnich dwóch dekadach lepszych i bardziej cenionych w Europie trenerów. Gdy Renard ostatnio sprawdzał się na Starym Kontynencie, spuścił do II ligi Sochaux. W Afryce należy do ścisłej czołówki, częściej od niego PNA wygrywali tylko Charles Gyamfi (Ghana) i Hassan Shehata (Egipt), którzy mają po trzy złote medale. Ale z dwoma reprezentacjami tego trofeum nikt jeszcze nie wygrał.

„Czarodziejem” nazwano go już trzy lata temu, gdy sensacyjnie doprowadził do trofeum outsiderów z Zambii. Wtedy zarządzał piłkarzami nieznanymi w Europie, w najlepszym wypadku występującymi w ligach RPA i Demokratycznej Republiki Konga. Żartował, że w internecie nie ma informacji o jego zawodnikach, bo nikt niczego się po nich nie spodziewa. Wycisnął z nich maksimum, zorganizował, zwłaszcza w defensywie. W fazie pucharowej Zambijczycy nie stracili ani jednego gola.

W WKS pracował w zupełnie innych okolicznościach. W tej szatni trudno nie spotkać zawodnika regularnie występującego w Lidze Mistrzów, a możesz też wpaść na Yaya Touré, czterokrotnie wybieranego na najlepszego piłkarza Afryki, albo na Wilfrieda Bony’ego, za którego Manchester City zapłacił przed chwilą 25 mln funtów. Tylko co z tego, skoro gwiazdom zawsze czegoś brakowało? W ostatniej dekadzie WKS zawsze uchodziło za faworytów PNA, a w najlepszym razie dochodziło do finału, który przegrywało w karnych (2006 i 2012). Zniechęcony Didier Drogba po ostatnim mundialu zakończył karierę w reprezentacji.

Renard też nie okazał się cudotwórcą. Na początku pracy jego piłkarze przegrywali w eliminacjach z Kamerunem (1:4) i DR Kongo (3:4). Kibice przestali wierzyć, że doczekają się triumfu złotego pokolenia, a trener uznał, że jeśli nie zbuduje solidnej defensywy, będą mieli rację. Do roboty zabrał się inaczej niż poprzednicy – oni wybierali drużynę składającą się najlepszych piłkarzy, a on chciał zbudować najlepszą drużynę. 22-letni Wilfried Kanon i dwa lata młodszy Éric Bailly debiutowali w kadrze kilka tygodni temu, na turnieju w Gwinei Równikowej byli już pewnymi punktami obrony. Tu trzeba dodać, że Renard zbudował zespół elastyczny taktycznie, potrafiący grać trójką i czwórką w defensywie. Yaya Touré w kadrze biegał bliżej swojego pola karnego niż w Manchesterze City, by ubezpieczać obronę, w ataku WKS miał wystarczająco dużo bogactwa. Nie da się jednak wytłumaczyć niedzielnego sukcesu wyłącznie solidnością na tyłach, trzy lata temu Iworyjczycy przez cały turniej nie stracili ani jednego gola, a do domu wrócili ze srebrem.

Po niedzielnym triumfie Renard może być pewien, że do sprzątania kubłów na śmieci nie wróci (podobno propozycję złożył mu już Egipt), a czarodziejem pozostanie do końca kariery. - Koniec klątwy! W końcu jesteśmy królami Afryki - cieszył student z Abidżaniu Alexandre, cytowany przez AFP. Bo podobno czarna magia miała z porażkami WKS wiele wspólnego.

Przed PNA w 1992 r. minister sportu wynajął szamanów, którzy poili piłkarzy miksturami, budzili w środku nocy, by odprawić rytuały. - Będziesz wielki jak słoń, jeśli włożysz jego ząb do buta. Rywale nigdy cię nie pokonają - usłyszał bramkarz Alain Gouaméné. Przez cały turniej nie puścił ani jednego gola, w półfinale i finale bronił rzuty karne faworyzowanych Kameruńczyków i Ghańczyków. Po turnieju minister nie wypłacił jednak szamanom nagrody, a ci rzucili na reprezentację klątwę. Przez następne dziesięć lat WKS trzy razy kończyło PNA w pierwszej rundzie. Zdesperowany rząd kupił wybaczenie za 2 tys. dol. i butelkę wódki, piłkarski związek dołożył whisky i krowę. Szamani podobno zdjęli klątwę, ale przełożyło się to tylko na wyniki w eliminacjach mundialu. WKS zadebiutowało na MŚ w 2006 r., od tamtej pory nie opuściło żadnego MŚ.

środa, 05 marca 2014

Do sukcesów Polaków na mistrzostwach świata nigdy się nie zbliżyli, niedawno wpadli w nawet głębszą zapaść. Wszystko, co najgorsze, mają jednak za sobą, dziś wierzą w awans na Euro 2016.

Szkoci regularnie wiwatowali ostatnio na torze kolarskim, bo Chris Hoy z każdej wielkiej imprezy medale przywoził workami – tylko na igrzyskach uzbierał sześć. Sukcesy snookerzystów fetują od lat, nie zdążyli jeszcze zatęsknić za seryjnie zdobywającym mistrzostwa świata Stephenem Hendrym, gdy tytuły zaczął zbierać John Higgins. Niedawno rozsadzała ich duma, Szkot dokonał bowiem tego, czego nie zdołał dokonać Anglik – w czerwcu Andy Murray został pierwszym od 1936 r. brytyjskim zwycięzcą Wimbledonu. Dodajmy do tego, że połowę medali w Soczi Wielka Brytania zawdzięcza drużynom curlingowym, w których występowali wyłącznie Szkoci, a doskonale zrozumiemy, jak wiele przykrości przynoszą kibicom piłkarze.

Na wielkim turnieju nie grali od 16 lat, w eliminacjach brazylijskiego mundialu długo szorowali po dnie tabeli - na półmetku wyprzedzała ich nawet Macedonia. Gordon Strachan, który przejął wtedy reprezentację, zastał obraz nędzy i rozpaczy, za cel obrał sobie „odbudowanie szkockiej dumy”. – Mimo triumfów naszych sportowców wciąż najważniejszy jest u nas futbol. Kibice oczekują sukcesów, a my doskonale to rozumiemy – mówił selekcjoner.

Tu trzeba powiedzieć, że w przeszłości wielkie dni przeżywali szkoccy piłkarze (ograniczmy się do Złotej Piłki Denisa Lawa z 1964 r.), trenerzy (trzech sięgało po Puchar Europy) i kluby (Puchar Europy Celticu z 1967, Puchar Zdobywców Pucharów Aberdeen z 1983) – ale nigdy reprezentacja.

Na mistrzostwach świata startowała osiem razy, nigdy nie przebrnęła pierwszej rundy. Na Euro dotarła dwa razy, odpadała w fazie grupowej.

Za najlepszą kadrę w historii uchodzi więc ta, po której najwięcej się spodziewano. Przed mundialem w 1978 r. Ally MacLeod ogłosił, że Szkocja jedzie po medal. – A co pan zrobi, jeśli wygra mistrzostwa? – spytano wówczas selekcjonera. – Będę chciał tytuł obronić – odparł. Drużyna z Kennym Dalglishem w eliminacjach wyprzedziła czechosłowackich mistrzów Europy, tuż przed MŚ pokonała Anglię. Wylot do Argentyny poprzedziła parada na stadionie Hampden Park, 25 tys. kibiców fetowało piłkarzy jadących otwartym autobusem. Wyprawa po złoto skończyła się na fazie grupowej, w pamięć zapadł tylko spektakularny popis Archiego Gemmilla - gol w meczu z Holandią ma stałe miejsce wśród najładniejszych w historii MŚ.

Ostatnio mistrzostwem świata stał się dla Szkotów sam awans na wielką imprezę.

W najlepszych czasach kadra opierała się bowiem na piłkarzach czołowych drużyn angielskich oraz dwóch zespołów rządzących ligą krajową, potrafiących rywalizować z topowymi zespołami Europy. Dziś Szkoci pracują w słabych angielskich zespołach, a dopływ paliwa z Glasgow został odcięty.

Rangersi półtora roku temu zbankrutowali i zostali zdegradowani do czwartej ligi.

Celtic wyrósł na hegemona (od listopada stracił w lidze dwa gole), ale niewielka w tym zasługa tubylców – na Parkhead grają dziś piłkarze z czterech kontynentów, Szkoci są w mniejszości. Na przyjazd do Warszawy zasłużyło tylko trzech piłkarzy mistrza kraju. Nawiasem mówiąc, dominacja obcokrajowców nie kończy się na Celtiku, w ubiegłorocznej ligowej jedenastce sezonu Szkoci obsadzili tylko trzy miejsca. A ostatecznym dowodem na zapaść niech będzie to, że Strachan całkowicie ze zdeklasowanych piłkarzy Rangers nie zrezygnował. Po eksperymentach i długich poszukiwaniach okazało się bowiem, że najlepszy lewy obrońca gra w trzeciej lidze (do Polski Lee Wallace nie przyjechał, trener sprawdza innych).

Może się zatem wydawać, że wylosowanie Szkocji w eliminacjach Euro 2016 należy uznać za szczęśliwe. Tyle że reprezentacja doczekała się selekcjonera z dorobkiem wykraczającym poza triumfy w prowincjonalnej lidze, który zawodu uczył się od zdobywców Pucharu Europy Jocka Steina i Alexa Fergusona. To zresztą paradoks – bywały sezony, w których szkoccy trenerzy byli najliczniejszą nacją w angielskiej Premier League, a kadrę oddawano ostatnio szkoleniowcom niemal bez dorobku. Strachan z Celtikiem dwa razy dochodził do 1/8 finału Ligi Mistrzów, wygrywał z Manchesterem United, w dwumeczu ze zmierzającym ku triumfowi Milan przetrwał do dogrywki.

Gdy wszedł do szatni reprezentacji, nie biadolił o słabościach piłkarzy, tylko szukał zalet. Tam, gdzie poprzednicy widzieli dziury nie do zasypania, wystawiał zawodników wcześniej pomijanych. Każdy po przyjeździe na zgrupowanie słyszał, że nie ma znaczenia, czego od niego wymagają w klubie. – Nie mamy Bale’a, Ronaldo i Messiego, wszyscy muszą się przystosować do naszego sposobu gry – mówił Strachan.

Za wzór obrał reprezentację Niemiec. I nie ma się z czego śmiać – on doskonale wie, że nie wystawi piłkarzy obdarzonych wyobraźnią Kroosa, Götzego czy Özila, ale w drużynie Joachima Löwa imponuje mu siła i tempo rozgrywania akcji.

Z depresji wyciągnął drużynę szybko. Z ostatnich czterech meczów eliminacji MŚ wygrała trzy, w tym dwa z Chorwacją, która awansowała na mundial. W listopadzie zremisował z USA (również finalistą MŚ) oraz pokonał Norwegię. Po losowaniu eliminacji Euro 2016 ogłosił, że jego celem jest awans.

57-letni selekcjoner wciąż eksperymentuje (ostatnio próbował ustawienia 4-3-3), w środę dzieła skończonego raczej nie zobaczymy. Ale nie zdziwmy się jeśli w październiku, gdy podejmiemy Szkocję w eliminacjach ME, na boisko wybiegnie drużyna lepsza, niż wskazywałyby na to nazwiska.

środa, 08 stycznia 2014

Gdy Alex Ferguson odchodził na emeryturę, oczywiste wydawało się, że Manchester United czeka sezon trudny. Można się było spodziewać gorszych wyników, słabych meczów i porażek z zespołami, z którymi wcześniej zazwyczaj MU wygrywał. Czasami zdarza się, że Arrigo Sacchiego zastępuje Fabio Capello, a Billa Shankly’ego - Bob Paisley, ale generalnie, odejście trenera uważanego za jednego z najlepszych w historii musi boleć.

Dziś okazuje się, że klub wpadł w kryzys, z którego wyjść może tylko dzięki transferom, a zatrudnienie Davida Moyesa mogło być błędem. Jeśli Szkot będzie następnym trenerem Premier League, który straci pracę, za funta dostaniemy 12. Mniej można zarobić tylko na zwolnieniu Alana Pardewa, Paula Lamberta i Sama Allardyce’a. Wszystko dlatego, że piłkarze United grają słabo. Zdarzyło im się przegrać trzy mecze z rzędu, bez punktów kończyli mecze u siebie z WBA oraz Newcastle, praktycznie nie liczą się w walce o mistrzostwo, już w III rundzie odpadli z Pucharu Anglii.

„Katastrofalnym” tego sezonu nazwać jednak nie sposób, ekipa z Manchesteru awansowała do 1/8 finału Ligi Mistrzów (z Olympiakosem będzie faworytem), dotarła do półfinału Pucharu Ligi (szans na trofeum nie straciła), od czwartego miejsca w lidze dzieli ją pięć punktów. Największą porażką Moyesa jest Puchar Anglii, ale – powtórzmy – to miał być sezon słabszy niż poprzednie.

Szkocki trener jeszcze przed chwilą był jednym z najbardziej uznanych fachowców w Premier League, w ostatnich latach wyżej oceniano tylko szkoleniowców drużyn grających w Lidze Mistrzów. Nigdy nie uchodził za genialnego taktyka, komplementowano go, bo z biednym Evertonem regularnie zajmował miejsca w pierwszej dziesiątce, potrafił wprowadzać do seniorskiego futbolu młodych piłkarzy i rzadko mylił się przy transferach. Nade wszystko, jego zaletą było to, że myślał o klubie w perspektywie lat, a nie miesięcy.

Ta ostatnia cecha była, jak się wydaje, dla MU kluczowa. Klub z Old Trafford nie wybrał specjalisty od natychmiastowych sukcesów, dał sześcioletni kontrakt trenerowi bez trofeów i nakazał przebudować zespół (a nie ma wątpliwości że przebudowa jest niezbędna). Dlatego dziś najciekawsze jest, jaka atmosfera panuje na Old Trafford. Czy władze MU uodporniły się na medialny wrzask i ignorują tych, którzy chcieliby rozliczać trenera po pół roku i jednym (nieudanym) oknie transferowym, czy zastanawiają się nad zwolnieniem Moyesa? Czy brały pod uwagę, że w 2014 r. nie zdobędą ani jednego trofeum, czy szykują już listę kandydatów na następcę Szkota?

Zupełnie inną sprawą jest to, czy mistrzowie Anglii nie popełnili błędu przy szkicowaniu charakterystyki nowego trenera. Może trzeba było zatrudnić Josè Mourinho, który lepiej porusza się na rynku transferowym i ma zdecydowanie większe doświadczenie w prowadzeniu zespołów mierzących w trofea. Przyjąć, że Portugalczyk popracuje dwa-trzy lata, a potem zastąpi go kolejny fachowiec mający w dorobku Puchar Europy. Pisząc inaczej, może trzeba było szukać trenera gwarantującego sukcesy, a nie patrzącego na futbol przez takie same okulary, jak Ferguson. Jeszcze inaczej: może trzeba było przyjąć, że po odejściu Fergusona, MU zamienia się w klub taki, jak inne.

sobota, 04 stycznia 2014

Przybędzie do niej z klubu, który prawie każdy lubił. Borussia wychodziła z ogromnych długów, potęgę budowała niemal od zera. Bayern jako najpopularniejszy niemiecki klub, ma też największy elektorat negatywny. Powiecie, że to nic wyjątkowego, giganci w każdym kraju obok armii fanów mają też armię antyfanów. Gdy Anglików spytano o najbardziej znienawidzoną firmę, „wygrał” Manchester United, przed Ryanairem, krajowym dostawcą gazu i restauracjami McDonald's.

Ekipa z Old Trafford nie jest jednak sama, na Wyspach nie brakuje hejterów Chelsea i Manchesteru City, przed chwilą przeciętnych, wchodzących do elity dzięki pieniądzom zagranicznych właścicieli. W Hiszpanii antypatia rozkłada się na Real i Barcelonę, we Włoszech - na Milan, Juventus i Inter. A Bayern jest jeden. Zawsze uchodzi za głównego faworyta, jeśli ligi nie wygrywa, ponosi klęskę. I, owszem, czasami nie wygrywa, ale żaden zespół nie potrafi dotrzymać mu kroku choćby przez dekadę. Pisząc inaczej: żaden klub nie jest w stanie urosnąć na tyle, by można go było powszechnie nie lubić. Kto by się zajmował hejtowaniem FC Nürnberg, drugim najczęściej sięgającym po mistrzostwo klubem, skoro ostatnio jego piłkarze zajmują się głównie obroną przed spadkiem?

Hegemonia jest zatem paliwem antypatii do Bayernu, a jednocześnie - źródłem monachijskiej pychy, która zwiększa liczbę hejterów. Taki system zamknięty.

Przykłady wyniosłości Bayernu znaleźć łatwo, wystarczy wpisać w Google’a nazwiska klubowych legend - Karla-Heinza Rummenigge, Uliego Hoeneßa i Franza Beckenbauera. Żeby znaleźć przykład spektakularny, wystarczy cofnąć się o dekadę, gdy Beckenbauer groził, że przeniesie zespół do ligi włoskiej.

Elektorat negatywny Bayernu najbardziej żywi się jednak transferami. Dokładniej: plądrowaniem innych klubów przez Bawarczyków. Dekadę temu zabrali Bayerowi Leverkusen Michaela Ballacka i Ze Roberto, teraz wyciągnęli z Borussii Götze i Lewandowskiego. Tamten Bayer i ta Borussia grały w finałach Ligi Mistrzów. - Nie chodzi tylko o to, żeby się wzmocnić, ale także o to, by osłabić rywali - mówił po transferze Götze Ottmar Hitzfeld, były trener Borussii i Bayernu. W historii Bawarczyków znajdziemy też transfery dokonane tylko po to, by uniemożliwić wzmocnienie się rywalowi.

Mało? Według legendy Bayern ma też „szczęście głupiego” - tak najlepiej przetłumaczyć pochodzący z lat 70. termin „Bayern-Dusel”. Mistrzostwa kraju kolekcjonowała wówczas Borussia Mönchengladbach, ale w Pucharze Europy regularnie doprowadzała kibiców do rozpaczy. A to odpadła po karnych; a to pokonała Inter 7:1, ale mecz anulowano, bo ktoś rzucił z trybun puszkę po coca-coli, i powtórkę przegrała; a to ostrzeliwała bramkę, ale rywale wykorzystywali jedyną szansę na gola i wygrywali. Bayern bił natomiast przeciwników w jedenastkach, awans zapewniał sobie dzięki golom w ostatniej minucie lub strzelonym na wyjeździe. Męczył się nawet z Araratem Erywań, a jednak trzy razy z rzędu sięgnął po najcenniejsze europejskie trofeum. Termin „Bayern-Dusel” wciąż funkcjonuje, choć 15 lat temu zdarzył się wieczór, który powinien na stałe go wymazać.

To zresztą norma - hejtowanie i logika niemal nigdy nie idą w parze, trzęsący się z wściekłości po transferach Lewandowskiego i Götze kibice Dortmundu powinni pamiętać, że gdyby nie Bayern, mogłoby nie być Kloppa, dwóch mistrzostw i finału Ligi Mistrzów. Mogłoby nie być niczego.



23:57, michal.szadkowski
Link Komentarze (9) »
niedziela, 17 listopada 2013

Posłuchajcie opowieści o trenerze, w którego nikt nie wierzył i o drużynie, której nikt nie chciał. O tym, że reprezentacji się nie buduje, a rękę selekcjonera dostrzec można natychmiast.

Jest jesień 2012 r., ukraińską kadrę porzucił właśnie Oleh Błochin, czyli wybitny piłkarz, który po zejściu z boiska został świetnym trenerem. Szefowie federacji nie mają planu B. Powołują komisję, która ma znaleźć nowego selekcjonera. Pierwszy kandydat - Andrij Szewczenko - odmawia.

Drugi, trzeci, czwarty i kolejni wybierani z rodzimej ligi - również. Opłacani przez oligarchów ani myślą porzucać klubów dla drużyny, z którą - jak im się wydaje - można tylko przegrać. Działacze wychodzą za granicę. Trafiają na szarlatana Svena-Görana Erikssona, negocjują z Harrym Redknappem, który nigdy wcześniej nie wyściubił nosa poza Dover. Zgadzają się, by Anglik dowodził kadrą z domu, a na Ukrainę przylatywał tylko na weekendy. Proponują 5 mln funtów pensji rocznie (plus premie), osobistego kierowcę, zwrot kosztów podróży i apartament w centrum Kijowa. Redknapp odmawia, gdy dostaje propozycję od zmierzającego do drugiej ligi angielskiej Queens Park Rangers.

W międzyczasie dowodzona przez tymczasowego trenera reprezentacja remisuje w Mołdawii i przegrywa u siebie z Czarnogórą. Sytuacja jest tragiczna, drużyna nie wygrała sześciu meczów z rzędu, jest bliska przegrania eliminacji mundialu. Działacze zamieniają jednego tymczasowego selekcjonera na drugiego. Szukają.

Napisać, że wybór Mychajło Fomenki był ostatecznością, to napisać nieprawdę. On nie był brany pod uwagę. Kierował komisją, która podsuwała władzom kolejnych kandydatów. Co to zresztą za trener? Sukcesy osiągał w połowie lat 90., od 2011 r., gdy wyleciał z rosyjskiego drugoligowca, był bezrobotny.

Jako szef komisji szukającej selekcjonera ponosi klęskę, nie potrafi znaleźć odpowiedniego fachowca, który chciałby pracować z ukraińskimi piłkarzami. Oddanie mu kadry było dowodem bezradności działaczy. Jak podejrzewacie, czekająca na Szewczenków, Erikssonów i Redknappów opinia publiczna nie zareagowała entuzjastycznie.

Jest jesień 2013 r. Ukraina w pierwszym meczu barażu o mundial wygrywa z Francją 2:0. Do Brazylii może pojechać nawet, jeśli we wtorek przegra. Fomenko zaczynał rok pod Mołdawią, dziś jest 90 minut od mistrzostw świata.

Przez 11 miesięcy jego piłkarze zagrali 11 meczów, 9 wygrali. Strzelili 33 gole, stracili 2. Ostatniego w marcu, z Mołdawią.

Kilka dni wcześniej przyjechali na Stadion Narodowy z nożem na gardle i bez kontuzjowanego Jewhena Konoplanki. Kapitana Anatolija Tymoszczuka debiutujący w meczu o punkty Fomenko odesłał na ławkę. Wynik znacie.

W czerwcu Ukraińcy znów stali nad przepaścią. Po 45 minutach w Podgoricy remisowali 0:0 i grali w dziesiątkę. Zwyciężyli 4:0, sprawili Czarnogórze najboleśniejsze domowe lanie w historii.

Wady drużyny Fomenko zamieniał w zalety. Nie znalazł skutecznego snajpera, więc do napadu wstawił napastnika z duszą walecznego obrońcy. Roman Zozulia grał regularnie, zamęczał defensorów rywali, ale w grupie zdobył tylko jedną bramkę (z Polską). W piątek dał swojej drużynie prowadzenie.

Ta historia wciąż może skończyć się źle, Francuzi będą faworytami rewanżu. Niezależnie od wyniku, Ukraińcy mają dziś kadrę gotową kadrę na eliminacje Euro 2016, osiągającą lepsze wyniki od tej, którą wystawili na ostatnich mistrzostwach Europy. Drugi współgospodarz Euro 2012 gra natomiast gorzej niż półtora roku temu.

piątek, 14 września 2012

W normalnych okolicznościach powrót Louisa van Gaala do reprezentacji wywołałby raban, ale okoliczności wyjątkowością biły na głowę wszystko, co przeżyli holenderscy kibice. Nie chodzi tylko o najgorszy w historii występ na mistrzostwach Europy (przed Euro 2012 Holandia na fazie grupowej kończyła tylko ME w 1980 r. Wtedy przegrała jednak jeden mecz, a teraz - wszystkie), ale o styl, w jakim przez ostatnie cztery lata przesuwali się po boisku piłkarze w pomarańczowych koszulkach. Z drużyną Berta van Marwijka kibice czuli się jak właściciel ciepłego i niewygodnego płaszcza w czasie zimy. Chroni on przed mrozem i jednocześnie uwiera, użytkownik nie może się doczekać, aż go zdejmie.

Holendrzy nie mogli się czuć komfortowo z drużyną biegającą w systemie 4-2-3-1, skoro od dziesięcioleci nawet barki na tamtejszych kanałach i cykliści na ścieżkach rowerowych poruszają się w jedynym słusznym ustawieniu 4-3-3. Nie mogli się czuć komfortowo z dwoma brutalami w środku pola, skoro zawsze takimi piłkarzami gardzili. Nie mogli się czuć komfortowo z trenerem, który uważał, że najważniejszy jest wynik, skoro holenderska myśl szkoleniowca opiera się na twierdzeniu, że nie ma on znaczenia, a najważniejsza jest dobra gra.

Van Gaal duszę holenderskiego kibica rozumie świetnie, ale sadzanie go na ławce rezerwowych reprezentacji za najbezpieczniejszy wybór uznać trudno. Kariera upływa mu na spektakularnych zwycięstwach i gigantycznych awanturach z szefami i piłkarzami. Gdyby selekcjonerem Holandii miał zostać szkoleniowiec z największym ego, 61-letni trener pokonałby wszystkich kontrkandydatów, choć, jak wiecie, w tej dyscyplinie konkurencji w Holandii nie brakuje. W dodatku pierwsze podejście van Gaala do reprezentacji zakończyło się klęską, dziesięć lat temu nie potrafił jej wprowadzić na mundial w Korei i Japonii.

Wtedy Holendrzy uważali, że przegrali eliminacje, bo trener zaprosił do drużyny zbyt wielu piłkarzy młodych i za szybko zrezygnował z doświadczonych. „van Gaal mówił, że myśli o przyszłości. To nonsens, w futbol gra się w teraźniejszości. Nic innego się nie liczy” – pisał holenderski dziennikarz.

Dacie wiarę, że eliminacje mundialu w 2014 r. van Gaal zaczął tak samo jak 12 lat temu?

Zaskoczył już powołaniami, na mecze z Turcją i Węgrami nie zabrał Rafaela van der Vaarta, Ibrahima Afellaya, Nigela de Jonga i Gregory’ego van der Wiela. Później było jeszcze bardziej sensacyjnie.

Mecz w Amsterdamie zaczęło czterech piłkarzy z kadry na MŚ 2010, ośmiu, których van Marwijk zabrał na ME. W obronie stali: 23-letni Daryl Janmaat (debiutant), 20-letni Bruno Martins Indi (debiutował w sierpniowym sparingu z Belgią), John Heitinga i 18-letni Jetro Willems (debiutował w maju). W pomocy obok Wesleya Sneijdera grali 22-letni Kevin Strootman (van Marwijk wystawiał go w sparingach i meczach ze słabeuszami) i 21-letni Jordy Clasie (debiutant), w ataku Robbenowi i van Persiemu pomagał Luciano Narsingh (debiutował w maju). W przerwie Van Gaal wprowadził 21-letniego Ricardo van Rhijna (debiutował w sierpniu), tuż po niej 22-letniego Leroy’a Fera (grał drugi mecz w kadrze). Najstarszym holenderskim piłkarzem był Robin van Persie, który niedawno skończył 29 lat.

Holandia pokonała Turcję 2:0, cztery dni później, równie młodym składem rozbiła Węgry 4:1. Po pierwszym spotkaniu van Gaal zadowolony z młodzieży nie był, wyjaśniał, że „Janmaat nie zagrał jak Janmaat, a Clasie nie wspomagał ofensywy, więc ich zmienił”. Później tłumaczył, że „mnóstwo doświadczenia może mieć również szesnasto i osiemnastolatek. Seedorf debiutował u mnie, gdy miał 16 lat, Iniestę wypuściłem na boisko, gdy był rok starszy, a Xaviego po 18 urodzinach.”

Młodym nowe porządki bardzo się podobają, Willems chwali zmianę taktyki, bo system 4-3-3 poznawał od dziecka. – To typowe, holenderskie ustawienie. Korzystamy z niego także w PSV. Wiek? Dla selekcjonera nie ma znaczenia, liczy się styl.

Trudno przypuszczać, by van Gaal na stałe zrezygnował z piłkarzy, którzy zawiedli na ME, ale z pewnością jego zespół będzie się bardzo różnił od drużyny van Marwijka. Pierwszy prawdziwy test czeka go jednak dopiero za dwa lata. Z RPA jego poprzednik przywiózł srebrny medal mundialu, jeśli w Brazylii Holandia nie dobije do półfinału, van Gaala nie uratuje ani system 4-3-3, ani odmłodzenie zespołu, ani efektowna gra. Selekcjoner to wie, po wrześniowych meczach mówił: „W klubie stosunkowo łatwo ryzykować. W reprezentacji jest trudniej, jeśli coś pójdzie nie tak, utną mi głowę.”

czwartek, 13 września 2012

Zakończony remisem 1:1 mecz faworytów grupy H obejrzałem z opóźnieniem, we wtorek byłem we Wrocławiu na meczu Polaków. Na Wembley bardziej przyglądałem się Anglikom, z którymi drużyna Waldemara Fornalika zmierzy się już za miesiąc. Ukrainę podejmie dopiero w marcu.

Przepis na zatrzymanie Anglii gotowy

W meczu grupowym na Euro 2012 Ukraińcy grali od Anglików lepiej, częściej atakowali i stworzyli więcej szans do strzelenia gola, ale – nieszczęśliwie – przegrali 0:1. We wtorek trener Ołeh Błochin ustawił zespół bardziej defensywnie. Jego piłkarze przyjmowali rywali na własnej połowie, odcinali od podań pomocników i napastnika. Anglicy mogli rozgrywać piłkę tylko pod własnym polem karnym. Taktyka ukraińskiego trenera zdała egzamin, choć wymagała od piłkarzy gigantycznej pracy. Nie wyobrażam sobie Polaków nacierających na angielską bramkę od pierwszej do ostatniej minuty, mało prawdopodobne, by 16 października dłużej niż rywale dotykali piłki. Ale nie oznacza to, że piłkarze Roya Hodgsona ten mecz wygrają.

Lewandowski na Gerrarda

Wyspiarze grali we wtorek bez klasycznego defensywnego pomocnika, po odbiorze, gdy Ukraińcy wrócili na własną połowę, do wymieniających podania angielskich stoperów podbiegali Frank Lampard, Steven Gerrard, albo Tom Cleverley. Podbiegali, by zacząć atak. Najczęściej w buty piłkarza, którego Anglicy nazwaliby „deep-lying playmaker” wskakiwał Gerrard. Tylko przed przerwą jego cztery długie podania z własnej połowy skruszyły ukraińską defensywę. Później napastnicy gości pilnowali, by rozgrywający Liverpoolu nie miał miejsca i czasu na takie próby. W październiku na plecy Gerrarda powinien wskoczyć Robert Lewandowski, jeśli Anglik wbiegnie na biało-czerwoną połowę, napastnika Borussii Dortmund może zastąpić defensywny pomocnik. Polacy muszą zrobić wszystko, by rywale rozgrywali piłkę po ziemi. Wyspiarze tego nie potrafią, zwłaszcza, jeśli obok każdego z nich stoi rywal. Pressing przez 90 minut będzie jednak możliwy tylko, jeśli Fornalik…

…zlekceważy sparing z RPA

Ukraińcy nie wygrali w Londynie, bo pod koniec zabrakło im sił. Za bardzo się cofnęli, przyjmowali gospodarzy nie tuż za linią środkową, ale tuż przed polem karnym. W efekcie Danny Welbeck przypadkowo trafił w rękę Jewhena Chaczeridiego, sędzia słusznie podyktował jedenastkę, którą wykorzystał Frank Lampard.

Ukraińcy w ostatnich minutach ledwie chodzili po Wembley, choć w piątek, gdy rywale rozbijali Mołdawię 5:0, mieli wolne. Polacy, cztery dni przed meczem z Anglią zagrają sparing z RPA. Selekcjoner nie może pozwolić, by piłkarze, którzy mogą mu się przydać w meczu o punkty, tracili wtedy siły. Niech powoła na październikowe mecze i 35 piłkarzy, niech wystawi w Bydgoszczy jedenastkę składającą się wyłącznie z zawodników Ekstraklasy, albo młodzieżówkę.

Jak Anglikom gola nie strzelimy

Jeśli uważacie, że da się ich pokonać grając z kontry, jesteście w błędzie. Angielscy obrońcy po stracie bardzo szybko wracają do defensywy, pomocnicy błyskawicznie dopadają do rywala, który chce zacząć akcję. Ukraińcy, choć bronili się prawie cały mecz, przeprowadzili tylko jeden kontratak. Po godzinie lewą stroną pod pole karne przedarł się Jewhen Konoplanka, piłkarz bardziej ceniony od każdego polskiego lewoskrzydłowego. Dlatego mało przydatny na Stadionie Narodowym będzie Kamil Grosicki, którego największą zaletą jest szybkość.

To wszystko nie oznacza, że gola Wyspiarzom strzelić się nie da. Ich obrona popełnia błędy, ale by je wykorzystać, świetnej akcji indywidualnej. Na Wembley błysnął Konoplanka, Polakom pozostaje liczyć na Lewandowskiego i Błaszczykowskiego.

Jedenastka widmo

We wtorek za angielską defensywę odpowiadali Johnson, Jagielka, Lescott i Baines, za miesiąc bramkarz Joe Hart może współpracować z Walkerem, Cahillem, Terrym i Cole’em. I trudno stwierdzić, które zestawienie jest lepsze. W środku stanąć mogą Carrick i Parker, za napastnikiem – Ashley Young. Pierwsza jedenastka reprezentacji Anglii to zjawisko, które w przyrodzie nie występuje, przed meczem z Ukrainą trener Hodgson stracił aż 12 piłkarzy. 24 godziny przed meczem zaprosił na zgrupowanie Adama Lallanę (3 mecze w Premier League), Raheema Sterlinga (5) i Jake’a Livermore’a (28), bo bał się, że nie będzie miał kogo posadzić na ławce. To dodatkowe utrudnienie, Fornalik i pomagający mu Hubert Malowiejski mogą obejrzeć komplet meczów Anglików od 1966 r., a na wszystkie warianty drużyny nie przygotują.

sobota, 08 września 2012

W XXI wieku zdarzało się reprezentacji Polski zainaugurować eliminacje wielkiej imprezy od wielkiej katastrofy. Na początek walki o Euro 2008 piłkarze przegrali z Finlandią i zremisowali z Serbią, cztery lata wcześniej wystartowali od zwycięstwa z San Marino i porażki z Łotwą. Dwoma zwycięstwami eliminacji nie otworzyli od 12 lat, gdy drużyna Jerzego Engela pokonała na wyjeździe Ukrainę, a później Białoruś w Łodzi.

Zespół Waldemara Fornalika, jeśli analizę ograniczymy tylko do wyniku, zaczął nieźle. Przetrwał na stadionie, na którym łatwo przetrwać nie będzie ani Anglikom, ani Ukraińcom. Dwumecz z Czarnogórcami może zakończyć z czterema punktami, im dalej od Podgoricy, tym piłkarze Branko Brnovicia rzadziej zwyciężają. Z dziesięciu wyjazdowych meczów o stawkę wygrali tylko dwa (z Bułgarią), w ostatnich eliminacjach polegli w Swansea i Pradze.

Już po losowaniu, wiedzieliśmy jednak, że awans na mundial będzie możliwy tylko, jeśli Polacy zdobędą punkty w meczach z Anglią i Ukrainą. I to chyba najgorsza wiadomość z Podgoricy – trudno było w piątek dostrzec zespół zdolny pokonać najlepsze zespoły naszej grupy.

Nie chodzi nawet od defensywę, bo ta formacja nie pozwalała zamknąć oczu selekcjonerowi poprzedniemu i, patrząc na piłkarzy stojących przed bramkarzem w młodzieżówce, źle wpłynie także na sny następnego. Fornalik nie ma zmiennika na lewą flankę, ale dwóch środkowych obrońców wybiera z trzech kandydatów. Wszyscy są zdrowi, dwóch gra regularnie w niezłych klubach, trzeci zaczyna się starać o miejsce w Betisie Sewilla. Takiego wyboru jak Marc Wilmots, który mieści w belgijskiej obronie najlepszych piłkarzy lig rosyjskiej, angielskiej i holenderskiej Fornalik miał nie będzie, ale też sklecenie obrony nie wydaje się dziś jego największym problemem.

Najbardziej w Podgoricy nie podobała mi się łatwość, z jaką Czarnogórcy wbiegali na naszą połowę. A jak już wbiegli, zazwyczaj mieli miejsce i czas, by piłkę rozegrać. Znów wydawało się, że dwóch specjalistów od przerywania akcji rywali to w reprezentacji Polski za mało. Powrót do ustawienia 4-3-2-1 na mecze z Ukrainą i Anglią uznałbym za niezbędny i bardzo prawdopodobny, gdyby nie to, że trudno dojrzeć piłkarzy, z których można ulepić „trivote”. Trudniej niż w czerwcu.

Zniknął Dariusz Dudka, który z Rosją i Czechami - właśnie jako jeden z trzech defensywnych pomocników - grał co najmniej przyzwoicie. W Levante dobił na razie tylko do ławki rezerwowych.

Zniknął powoływany przez Smudę Adam Matuszczyk. W Köln zagrał w tym sezonie dwa razy, zapracował na ocenę 3,25 w „Kickerze” (gdzie 6 – oznacza występ tragiczny, a 1 – klasę światową).

Rafał Murawski znika od miesięcy i nic nie wskazuje, by miał wrócić do formy, która zachwyciła Leo Beenhakkera i działaczy Rubina Kazań.

Eugen Polanski zagrał w tym sezonie tylko 10 minutw Mainz. Przesiadywanie na ławce mu nie służy, na ME był w zdecydowanie lepszej formie, niż w piątek. 

Ariel Borysiuk regularnie występuje w Kaiserslautern, ale za gwiazdę drugiej ligi niemieckiej uznać go nie sposób. Po czterech meczach, ze średnią ocen 3,38 w „Kickerze” jest 83. piłkarzem II Bundesligi, wśród pomocników zajmuje 30. miejsce.

Grzegorz Krychowiak, jest pewniakiem w Reims, ale do eliminacji chyba jeszcze nie dorósł, skoro w piątek selekcjoner na ostatnie 20 minut wolał wystawić Murawskiego.

Nie wiem, czy da się z nich zbudować mur, od którego odbiją się Lampardy, Welbecki, Konoplanki i Jarmołenki, wiem, że w systemie 4-2-3-1, każdy kandydat do gry za Robertem Lewandowskim, defensywie daje niewiele. Taktykę z trzema defensywnymi pomocnikami piłkarze poznali na Euro, także dzięki niej zagrali najlepszy mecz ostatnich lat (z Rosją). Nie jest to ustawienie, które znacznie osłabia ofensywę – wciąż ataki będą zależeć od Błaszczykowskiego i Lewandowskiego, za to ograniczy harce rywali przed polską bramką. Ograniczyć je musimy, w 18 ostatnich meczach o punkty, goli Polsce nie strzeliło tylko San Marino. Jeśli w eliminacjach brazylijskiego mundialu, również zatrzymamy tylko snajperów ostatniej drużyny rankingu FIFA, na mistrzostwa raczej nie pojedziemy.

wtorek, 04 września 2012

Emocje transferowe miały wygasnąć w piątek, gdy handlować piłkarzami skończyły kluby hiszpańskie, angielskie, niemieckie i włoskie. Największą transakcję lata przeprowadzili jednak Rosjanie, którzy kupować zawodników mogą do środy. Zenit Sankt Petersburg sprowadził właśnie napastnika Porto Hulka i pomocnika Benfiki Lizbona Axela Witsela (linka nie ma, bo klubowa strona nie wytrzymała zainteresowania i od kilku godzin odmawia współpracy) .

Mistrzowie Rosji nie podali, ile zapłacą za gwiazdy, Portugalczycy piszą, że Hulk będzie ich kosztował aż 60 mln euro. 40 mln dostanie Porto, 9 - fundusz, który posiada 15 procent praw do piłkarza, 6 – inny współwłaściciel, 3 – specjalny fundusz (po portugalsku: fundo de solidariedade), 2 – piłkarz i jego agent.

Zakładając, że Brazylijczyk kosztował 60 mln euro, jest to szósty największy transfer w historii i największy przeprowadzony poza Madrytem i Barceloną. Ani kluby angielskie, ani włoskie, ani niemieckie nigdy tyle na piłkarza nie wydały. Witsel ma kosztować 40 mln euro.

W ostatnich latach zdarzało się, że kluby rosyjskie rzucały gigantyczne sumy za piłkarzy grających w Rosji (Zenit wziął Danny’ego z Dinama Moskwa za 30 mln euro), zdarzało się, że wyciągały zawodników z lepszych lig (Zenit brał Bruno Alvesa z Porto za 22 mln euro, Rubin Kazań dał 20 mln euro za Carlosa Eduardo z Hoffenheim). Teraz Zenit zabrał jednak piłkarzy miesiącami obserwowanych przez drużyny z europejskiego topu. O Brazylijczyku marzyła Chelsea, Belga upatrzył sobie ponoć Alex Ferguson z Manchesteru United, ale interesował się nim także Real Madryt. Hulk ma 26, Belg – 23 lata. Dekadę temu transfery takich piłkarzy nikomu nie przyszłyby nawet do głowy.

Dziś Rosjanie grają w Lidze Mistrzów bez eliminacji, pewnie już niedługo za sensację będzie uchodził brak tamtejszego klubu w fazie pucharowej. W Sankt Petersburgu wiedzą, że na zbudowanie zespołu, który podbije LM potrzeba czasu, wiedzą, że szatnią rządzić musi fachowiec wybitny (od trzech lat zatrudniają Luciano Spallettiego), nic nie wskazuje, by zabawa w futbol miała im się znudzić.

Ciekawe tylko, jak wytłumaczą się ze 100 milionów euro wydanych na piłkarzy przed UEFA, straszącą zasadą finansowego fair-play, która pozwala klubom wydawać, ile zarobią. Nie pomoże mogący pomieścić ledwie 21 tys. widzów stadion, nawet gdyby najtańsze bilety sprzedawali w cenie loży na Santiago Bernabeu.

Jeśli z nowymi regulacjami poradzi sobie Zenit, poradzi sobie każdy, nawet szalejące ostatnio PSG i, szalejący wcześniej, Manchester City. Przegra pomysłodawca przepisów Michel Platini, przegra trener Arsene Wenger, który widzi w nich szansę dla Arsenalu.

Trudno bowiem uwierzyć, że UEFA wydających za dużo klubów hiszpańskich i angielskich do LM nie wpuści, a zrobi wyjątek dla Zenitu. Nawet pamiętając, że to klub finansowany przez Gazprom, który od tego sezonu sponsoruje także Champions League.

wtorek, 28 sierpnia 2012

W czwartek Orest Lenczyk prawdopodobnie zostanie zwolniony ze Śląska. Odejdzie ledwie trzy miesiące po największym sukcesie klubu od 35 lat. Zanim zdobył mistrzostwo, po 13 latach doprowadził piłkarzy z Wrocławia do europejskich pucharów. Nie chcę oceniać, czy Lenczyk jest trenerem wybitnym, średnim, czy złym. Wiem, że takim samym niedojdą albo takim samym fachowcem był na początku lipca, gdy ci sami działacze, którzy teraz chcą szkoleniowca zwolnić, obdarowali go nowym kontraktem.

Wyrzucą trenera po dziewięciu meczach, z których Śląsk wygrał tylko trzy. Bilans słaby, ale wiosną Śląsk z 13 meczów w lidze wygrał 5, więcej goli stracił niż strzelił, rundę rewanżową skończył na siódmym miejscu. To nie jest tak, że w poprzednim sezonie wrocławianie szli przez ligę jak burza i bili rywali kilkoma golami, a latem nagle zapomnieli jak się gra w piłkę. Być może kopią ciut gorzej, być może także dlatego, że Lenczyk zarządza słabszą szatnią niż wiosną. Z całą pewnością konflikt piłkarzy z trenerem, który jest jedną z przyczyn zwolnienia Lenczyka, nie zaczął się po zdobyciu mistrzostwa.

Piszę to wszystko, bo szefowie polskich klubów mają nadzwyczajną umiejętność zmieniania trenerów w czasie, gdy logicznie ich decyzji uzasadnić się nie da.

Terminarz ekstraklasy teoretycznie daje im przewagę nad władzami piłkarskich firm z krajów, gdzie gra się niemal bez przerwy. Tam dobrego momentu na wyrzucenie szkoleniowca nie ma, prawie w każdym wypadku następca musi przejąć drużynę w biegu. W Polsce przerwy między rundami są tak długie, że nowy trener zdąży się piłkarzom znudzić, zanim pierwszy raz zagrają o punkty. Oczywiście, jeśli przejmie drużynę po zakończeniu rundy/sezonu.

Dwa lata temu, po trzech wiosennych meczach zwalniała Legia. Jan Urban zostawiał zespół na trzecim miejscu, z trzema punktami straty do prowadzącej Wisły. Skończyła Legia na miejscu czwartym, ze stratą 13 punktów do pierwszego Lecha. Do dziś nie rozumiem, co takiego się stało, że Urban po rundzie jesiennej był trenerem dobrym, a po trzech meczach rundy wiosennej – złym.

Rok temu, na początku listopada zwalniała Wisła. Robert Maaskant zostawił ją na miejscu piątym, z dwoma punktami straty do drugiej Legii. Skończyła Wisła na miejscu siódmym, od wicemistrzostwa dzieliło ją 12 punktów. Maaskant odchodził z zespołu, który miał szanse na awans do fazy pucharowej Ligi Europejskiej. Awansował z Kazimierzem Moskalem, nie wiemy jednak, czy Holender lepiej nie przygotowałby drużyny do spotkań ze Standardem Liège. Wykluczyć tego nie można, Wisła Maaskanta zdobywała w lidze 1,6 punktu na mecz, a Wisły Moskala i Probierza – 1,29. Znów – nie potrafię pojąć, dlaczego Holender, który kilka miesięcy wcześniej zdobył mistrzostwo i grał o fazę grupową Ligi Mistrzów, nie mógł dokończyć w Krakowie rundy.

Śląsk, Wisła i Legia to podobno kluby profesjonalne, podobno mierzące w Ligę Mistrzów. Ligę Mistrzów, do której awansowało właśnie BATE Borysów, od pięciu lat prowadzone przez Wiktora Hanczarenkę. Ligę Mistrzów, w której wystąpi dowodzony od ośmiu lat przez Mirceę Lucescu Szachtar Donieck. Znajdziecie w fazie grupowej trenerów z dłuższym i krótszym stażem, na pewno nie znajdziecie za to szkoleniowca, który zaczął pracę po dwóch kolejkach nowego sezonu. Ba, niełatwo znaleźć jakikolwiek klub, który wyrzuca trenera przed końcem letniego okna transferowego.

Oczywiście to tylko szczególik, ale pokazujący, że największym problemem polskiego futbolu nie jest ani brak pieniędzy, ani słabi piłkarze, ani niedouczeni trenerzy, ale ludzie, którzy nim zarządzają.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45