Some people think football is a matter of life and death. I assure you, it s much more serious than that. Bill Shankly
niedziela, 29 stycznia 2012

Po dziadku ze strony ojca odziedziczył włoskie nazwisko, matka ma brazylijskie korzenie. Futbolu uczył się w Kenii, jego właścicielem jest klub angielski, ale w tym sezonie 19-letni Szwed walczy o tytuł króla strzelców ligi holenderskiej. - To fenomen - mówi trener Feyenoordu Ronald Koeman.

Choć pierwszego hat-tricka w seniorskiej karierze Guidetti strzelił już miesiąc temu, dopiero w niedzielę usłyszała o nim Europa. W „De Klassieker” znów trafił trzy razy, a Feyenoord pokonał Ajax 4:2. W sumie zdobył w tym sezonie 14 bramek (w 13 meczach), do prowadzącego w klasyfikacji strzelców Basa Dosta traci trzy gole.

Do Manchesteru City Guidettiego sprowadził cztery lata temu Sven Goran Eriksson. Młody Szwed regularnie trafiał w juniorach i rezerwach, ostatni sezon skończył z 13 golami w 17 meczach. W maju jego ojciec i agent zażądał, by za przedłużenie kontraktu klub zapłacił synowi 10 tys. funtów. Działacze odmówił, a piłkarz podpisał umowę z Twente. Wtedy o sprawie dowiedział się trener Roberto Mancini i nakazał go odkupić. Klub z Enschede zgodził się, ale za 1 mln funtów.

Włoski trener zabrał go na letnie tournee, a Guidetti strzelił gola w sparingu z Vancouver Whitecaps. - Może być naszym piątym, albo czwartym napastnikiem. Dostanie szansę - obiecywał Mancini. W ostatnim dniu letniego okna transferowego odesłał jednak Szweda do Rotterdamu.

Ojciec Guidettiego był nauczycielem w szwedzkiej szkole w Nairobi. Mały John po zajęciach w szkółce Ligi Ndogo, biegał za piłką z dzieciakami ze slumsów. - Dzieci z bogatych rodzin grały słabo. Te biedniejsze biegały bez butów, ale potrafiły grać w piłkę. Kupiliśmy im buty i koszulki, stworzyliśmy drużynę. Czasami siadałem na ławce, bo w zespole było mnóstwo starszych chłopców, ale treningi z nimi bardzo mi pomogły - opowiada Guidetti. Jego trener z Nairobi wspomina, że inne dzieci kopały piłkę dla zabawy, a Szwed podchodził do futbolu bardzo poważnie. - Ale wszyscy go lubili. Chłopcy cieszyli się, że mogą grać z „mzungu” [tak w Kenii nazywa się Europejczyków] - mówi Ibra Bikalo Musambia.

Od roku Guidetti występuje w młodzieżowej reprezentacji Szwecji, po niedzielnym hat-tricku dziennik „Aftonbladet” napisał, że selekcjoner Erik Hamrén nie może go dłużej ignorować. Napastnik Feyenoordu może zadebiutować w jego drużynie 29 lutego, w sparingu z Chorwacją. Ostatnim przed ogłoszeniem kadry na Euro 2012. 

czwartek, 26 stycznia 2012

Czasami w życiu jest tak, że biedny jest szczęśliwszy od bogatego - filozofuje Carlos Pouso, trener sensacyjnego półfinalisty Pucharu Hiszpanii. Maleńkiemu trzecioligowcowi kibicuje cały kraj

W środę Pablo Infante, magister zarządzania Uniwersytetu w Burgos, przejechał samochodem 50 km i o 7 rano otworzył bank. Kilka godzin wcześniej zdobył swoją siódmą bramkę w krajowym pucharze. Jest najlepszym strzelcem rozgrywek, w których niegdyś najczęściej trafiali: Leo Messi, Raul, Ronaldo i Diego Maradona.

- Rywalizowanie z obrońcami jest łatwiejsze od zarządzania bankiem, nawet tak małym jak mój - mówi 30-letni napastnik, który rocznie przejeżdża 45 tys. kilometrów. - Mnóstwo czasu zajmują mi dojazdy z domu do banku, a potem na trening. Ale to, że mam pracę, przy takim kryzysie ekonomicznym jest przywilejem - mówi Infante.

Tydzień temu wsiadł do samochodu w środku nocy. Czekała go 600-kilometrowa podróż z Barcelony, humor miał podły. Wcześniej Mirandés prowadziło na stadionie Espanyolu 2:0, ale w cztery minuty straciło trzy gole. Wydawało się, że sen klubiku z Burgos się skończył. I tak trwał niespodziewanie długo, trzecioligowiec pierwszy mecz w pucharze zagrał w sierpniu (najpotężniejsi zaczęli w grudniu), w drodze do Barcelony pobił pierwszoligowe Villarreal i Racing Santander. W rewanżu na wypełnionym sześciotysięcznym Estadio de Anduva przegrywał 0:1. Wyrównującego gola strzelił Infante, w doliczonym czasie awans zapewnił César Caneda. I zaczęła się fiesta.

- Znalazłem się w odpowiednim miejscu i czasie. Mamy randkę z historią, o której będę opowiadał wnukom - mówił trener Pouso, który nie nadąża z udzielaniem wywiadów.
- Biegaliśmy, walczyliśmy i pracowaliśmy razem. Dziękuję wszystkim Hiszpanom za wsparcie - mówił Infante.

Gratulacje składali na Facebooku i Twitterze piłkarze największych klubów. „To niesamowite. Jak wielki jest futbol! - pisał stoper Barcelony Gerard Pique. „Co za mecz, osiągnęli historyczny sukces - emocjonował się pomocnik Chelsea Juan Mata, a Henok Goitom z Almerii zapowiedział, że otworzy konto w banku zarządzanym przez Infante, bo wszystko, czego ten dotyka, zamienia się w złoto. „Klub z Miranda de Ebro ma miejsce w sercach wszystkich Hiszpanów” - pisał „As”. „Marca” nazwała piłkarzy półamatorskiego zespołu „Superherosami”, którzy „zachwycili kraj pasją, zaangażowaniem, skromnością i radością”.

Mirandés ma 1,2 mln euro rocznego budżetu, większość 85-letniej historii spędziło w III lidze. W tym sezonie prowadzi i jest faworytem. W poprzednim - awans przegrało dopiero w finale baraży. Infante dzień przed decydującym meczem miał ślub. Na weselu zjadł lekki posiłek i poszedł spać.

We wtorek jego klub jako drugi trzecioligowiec w historii dobił do półfinału krajowego pucharu. O finał zagra z Athletic Bilbao. Infante marzy o finale z Barceloną.

Bohater Mirandés od lat odrzucał oferty z lepszych klubów, bo zależało mu na pracy w banku. Teraz zainteresowanie nim jest jeszcze większe, ale Infante zapowiada, że zostanie, by spełnić marzenie kibiców i awansować do II ligi. - Mój synek powiedział mi we wtorek, że powinienem kupić Pablo, bo to świetny piłkarz - opowiadał trener Valencii Unai Emery.

A otoczony kibicami Infante mówił we wtorek, że choć za kilka godzin musi iść do pracy, najpierw pójdzie świętować.

piątek, 20 stycznia 2012

Ronaldinho

Środowy mecz z boliwijskim Realem Potosi w Copa Libertadores może być ostatnim Brazylijczyka we Flamengo.

W poprzednim sezonie Ronaldinho strzelił 21 goli (ostatni raz tak skuteczny był w Barcelonie), trafił także w reprezentacji, marzył o mundialu w 2014 r. Władzom Flamenego nie przeszkadzało, że 30-letni gwiazdor nie zmienił przyzwyczajeń. Regularnie organizował balangi, kupił dyskotekę naprzeciwko swojej rezydencji i chciał połączyć oba budynki tunelem.

Cierpliwość trenera Vanderleia Luxemburgo wyczerpała się kilka dni temu. Na początku przygotowań do sezonu gwiazdor nie przychodził na poranne treningi, tłumaczył się bezsennością. Na zgrupowaniu zapraszał do pokoju kobiety, choć szkoleniowiec stanowczo tego zabraniał. Luxemburgo pokazał zarządowi klubu zapis wideo z hotelowych kamer i postawił ultimatum: albo odejdzie piłkarz, albo on. Wtedy do prezes Patricii Amorim poszedł Ronaldinho. I powiedział, że zostanie w Rio de Janeiro tylko, jeśli Luxemburgo zostanie zwolniony. Amorim zapewniła go, że poszuka nowego trenera.

Wciąż jednak nie wiadomo, czy Ronaldinho zostanie, bo od pięciu miesięcy nie dostaje pensji. Z płatności nie wywiązuje się sponsorująca Flamengo firma marketingowa Traffic, która odpowiada za 75 proc. zarobków piłkarza. Zaległości przekroczyły już 2 mln dolarów, pieniędzy nie dostają też inni zawodnicy. Obrońca Alex Silva odmówił wyjazdu do Boliwii, rozgrywający Thiago Neves podpisał kontrakt z Fluminense.

Roberto Assis Moreira, brat i agent Ronaldinho, twierdzi, że jeśli zaległości nie zostaną uregulowane, znajdzie mu inny klub. Zainteresowane są podobno kluby brazylijskie, hiszpańskie i włoskie.

środa, 11 stycznia 2012

Nigeria, Puchar Narodów Afryki

W latach 90. Nigeryjczycy dwa razy grali w fazie pucharowej mundialu, zdobyli złote medale Pucharu Narodów Afryki i igrzysk olimpijskich. W tym roku na mistrzostwa kontynentu i turniej do Londynu w ogóle nie pojadą.

Dziennikarze piszą, że futbol wciąż jest traktowany w Nigerii jak religia. Dzieciaki kochają piłkę kopać i oglądać. Na ulicach Abudży nie sposób jednak dostrzec chłopców ubranych w stroje najlepszych krajowych zespołów. Łatwiej spotkać dziecko noszące koszulki Manchesteru United i Chelsea. Popularność rodzimej ligi wyrżnęła o dno, bo punkty zdobywa się w niej dzięki wpływom politycznym i korumpowaniu sędziów. Mało kto potrafi się też połapać, kiedy ich drużyna zacznie sezon i kiedy go skończy; ile drużyn zagra w pierwszej lidze i ile z niej spadnie. Start poprzednich rozgrywek zaplanowano na 25 września 2010 r., a piłkarze wybiegli na boisko dwa miesiące później. Rundę rewanżową zaczęto zgodnie z planem, ale skończono z sześciotygodniowym opóźnieniem. Mistrza wyłaniano rok, bo dyskutowano o regulaminie, bo działacze nie mogli dogadać się z sędziami, bo kilka kolejek przełożono z powodu wyborów.

Młodzi Nigeryjczycy wolą oglądać angielską Premier League. Jeśli jednak zamarzy im się kariera Johna Obiego Mikela czy Petera Odemwingie, napotkają na kłopoty. Blisko 170-milionowy kraj doczekał się tylko jednego trenera z licencją UEFA Pro - Sunday’a Oliseha, byłego piłkarza Borussii Dortmund i Juventusu. O certyfikat Afrykańskiej Federacji Piłkarskiej (CAF) nie postarał się nikt. Kluby nie dbają o kształcenie szkoleniowców, bo brakuje im pieniędzy. W innych krajach dużą częścią budżetów piłkarskich firm są pieniądze ze sprzedaży praw do transmisji telewizyjnych. W Nigerii handlują nimi władze ligi i zyski zatrzymują dla siebie.

Nawet gdyby młody piłkarz chciał trenować sam, nie ma gdzie. W ostatniej dekadzie na budowę boisk FIFA przekazała nigeryjskiemu związkowi 2,5 mln dol. Pieniądze zagarnęli nieuczciwi działacze.

Dzieciaki nie odpuszczają, ale gdy osiągną wiek juniora, czeka ich kolejny zawód. Nigeria jest potęgą w młodzieżowym futbolu - do finału mundialu siedemnastolatków dobijała sześć razy. Więcej niż Brazylia. Siedemnastolatek na powołanie do reprezentacji szanse ma jednak niewielkie, bo działacze mimo badań kości i groźby dyskwalifikacji wciąż nie zrezygnowali z podbijania juniorskich imprez piłkarzami zbliżającymi się do trzydziestki. Tuż przed ostatnimi mistrzostwami Afryki dwudziestolatków trenerzy zrezygnowali z Macksona Ojobo i Gomo Onduku. Oficjalnie z „powodów technicznych”. Według prasy działacze przestraszyli się, że za wysłanie starszych piłkarzy reprezentacja wyleci z turnieju. Prasa wspomina, że w 2007 r. na mistrzostwa świata siedemnastolatków wysłano bramkarza, który trzy lata wcześniej wziął ślub i wychowywał trójkę dzieci. Naprawdę urodził się w 1979 r. Inny tłumaczył dziennikarzom, że w krajowej lidze regularnie występował już jako dwunastolatek.

Uczciwi piłkarze przetrwają, ale później będzie jeszcze trudniej. Na powołanie do seniorskiej reprezentacji nie da się bowiem zapracować tylko świetną grą. Kilka miejsc w kadrze zajmują ulubieńcy działaczy, selekcjoner Lars Lagerbäck opowiadał, że na mundial w RPA wepchnięto mu Yakubu, Danny’ego Shittu i Nwankwo Kanu. Do reprezentacji można się też dostać dzięki łapówkom. Miejsce w kadrze na mistrzostwa świata w 2002 r. trenerzy wycenili na 10 tys. dolarów, za wyjście na boisko w sparingu trzeba zapłacić 500 dol.

Efekt jest taki, że w plebiscycie na najlepszego piłkarza kontynentu Nigeryjczyk ostatni raz wdrapał się na podium siedem lat temu, reprezentacja na zwycięstwo w seniorskich MŚ czeka 13 lat, w 2012 r. zabraknie jej w mistrzostwach kontynentu pierwszy raz od 25 lat. Nazywana „Dream Teamem V” drużyna nie pojedzie też na igrzyskach w Londynie. Przydomek zawdzięcza zespołowi, który w 1996 r. zdobył złoty medal w Atlancie. I to naprawdę był „Dream Team”. Piłkarze Anderlechtu (Babayaro), Ajaksu (Kanu), Sportingu Lizbona (Amunike), Eintrachtu (Okocha) i Monaco (Ikpeba) w półfinale pobili Brazylię (z Ronaldo, Rivaldo, Bebeto i Roberto Carlosem), w finale Argentynę (z Zanettim, Ayalą, Crespo i Simeone). Przed mundialem w 1998 r. „Super Orły” uważano za jedną z najlepszych drużyn na świecie. Co się zmieniło? Prezes związku Alhaji Aminu Maigari, który problemy próbuje rozwiązać tworzeniem antykryzysowych komisji, uważa, że piłkarzom bardziej niż na reprezentacji zależy na klubach. Domaga się od zawodników oddania i patriotyzmu.

Dziennikarze tłumaczą, że 20 lat temu w nigeryjskiej piłce brakowało pieniędzy. Po sukcesach futbol przyciągał ludzi, którzy chcieli na nim wzbogacić. Aż w końcu kurę znoszącą złote jajka zarżnęli.

poniedziałek, 09 stycznia 2012

Była 12. minuta derbów Manchesteru, gdy stoper City sfaulował Naniego (tutaj dłuższy filmik) i wyleciał z boiska. Trener Roberto Mancini wściekł się na sędziego Chrisa Foya, City zapowiedziało, że odwoła się od decyzji i jest pewne wygranej.

Zadzwoniłem do Rafała Rostkowskiego, sędziego międzynarodowego, mającego w dorobku 110 meczów reprezentacji narodowych i w europejskich pucharach:

Czerwona kartka to odważna i bardzo dobra decyzja sędziego, całkowicie zgodna z tym, czego od sędziów oczekuje Pierluigi Collina, szef Komisji Sędziowskiej UEFA. Vincent Kompany atakował dwiema nogami z korkami skierowanymi w rywala, ryzykując jego zdrowie. Nie ma znaczenia, że nie trafił w nogi Naniego. Sędziowie mogą karać także za niebezpieczne zagrania, gdy nie dochodzi do kontaktu z przeciwnikiem, i pokazać czerwoną kartkę nawet w sytuacji, gdy zawodnik trafia w piłkę. Kompany mógł spowodować poważną kontuzję Naniego.

Czerwonych kartek pokazanych w takich sytuacjach może być coraz więcej, bo w zawodowych ligach, gdzie za piłkarzy płaci się miliony, wszystkim zależy na ich zdrowiu. Sędziowie są zmuszani, by karać zagrania, które mogą narazić przeciwnika na poważną kontuzję, a kluby na milionowe straty. Proszą o to kluby, ligi i związki zawodowe piłkarzy.

Jeśli piłkarz nie chce być w ten sposób karany, nie może grać w sposób niebezpieczny dla przeciwnika. Jeśli ryzykuje - tak jak Kompany - musi liczyć się z tym, że może zostać usunięty z boiska.

piątek, 06 stycznia 2012

Gwinea Równikowa, Puchar Narodów Afryki

Będą najsłabszą drużyną na mistrzostwach kontynentu, których - pierwszy raz - są współgospodarzami. Przez ostatnie lata w obawie przed kompromitacją rozdawali paszporty na prawo i lewo, ich trener na pewno dobrej drużyny już nie zbuduje.

- Nasza reprezentacja ma nie tylko grać atrakcyjnie, ale także wygrać Puchar Narodów Afryki. Mamy takie same możliwości jak wszyscy inni - mówił rok temu prezydent Gwinei Równikowej Teodoro Obiang Nguema Mbasogo. Rządzący krajem od 32 lat tyran argumentował, że w 2008 r. kraj organizował kobiece mistrzostwa Afryki i turniej wygrał (sukces był wielki, bo na dziewięć edycji w ośmiu triumfowały Nigeryjki. Później okazało się, że w reprezentacji Gwinei Równikowej biegają także mężczyźni).

Męska drużyna zajmuje jednak 150. miejsce w rankingu FIFA (18 miejsc za Liechtensteinem), nigdy nie zakwalifikowała się na mistrzostwa kontynentu, o mundialu nie wspominając. Na rozpoczynającym się 21 stycznia PNA Gwinea Równikowa zagra, bo razem z Gabonem, turniej organizuje.

Do sukcesu reprezentację ledwie 500-tysięcznego kraiku miał doprowadzić Henri Michel, który na mundialu w 1986 r. zdobył z Francją brązowy medal, w 2006 r. pojechał na mistrzostwa świata z Wybrzeżem Kości Słoniowej, w klubach i reprezentacjach pracuje od 30 lat. Taką szatnią jak w Gwinei Równikowej nie zarządzał jednak nigdy.

Od połowy poprzedniej dekady działacze z Malabo starają się bowiem poprawić wyniki reprezentacji dzięki naturalizacji piłkarzy, którzy z krajem nie mają nic wspólnego. Na pomysł wpadł Brazylijczyk Antônio Dumas, który zaprosił do reprezentacji pół tuzina rodaków. Dziś obcokrajowców w kadrze Gwinei Równikowej trudno już zliczyć. Czerwoną koszulkę zakładali Ghańczyk, Liberyjczyk, kilku Kameruńczyków i Nigeryjczyków. Obywatelstwo dostał także były piłkarz Legii Mamadou Baldé, który w Warszawie był jeszcze Senegalczykiem. - Wolałbym przegrać trzema golami i grać wśród rodaków niż między piłkarzami z różnych krajów. Jeśli twój bramkarz pochodzi z Brazylii, napastnik z Nigerii, a pomocnik z Kamerunu, to już nie jest reprezentacja, tylko klub - narzekał pomocnik Juvenal Edjogo-Owono.

Michelowi polityka władz także się nie podobała. Bał się o atmosferę w szatni, wolał powoływać zawodników kopiących piłkę w słabych krajowych klubach. Na to jego szefowie - wtrącający się do wszystkiego - nie chcieli się zgodzić. W październiku, po kłótni z synem prezydenta - ówczesnym ministrem sportu - Francuz zrezygnował. Po kilku dniach prezydent odwołał potomka i przekonał szkoleniowca do powrotu.

Wtedy o triumfie na mistrzostwach kontynentu trener już nawet nie marzył. Przed grudniowym losowaniem grup PNA mówił, że niezależnie od rywali, jego zespół będzie outsiderem, wygranie meczu porównał do zdobycia Everestu. - Nikt nie chce pomóc mojej drużynie - powiedział Michel. Narzekał na futbolowych działaczy, którzy wypłacali sobie wysokie premie, ale nie zadbali o silnych przeciwników dla reprezentacji, która w ubiegłym roku mierzyła się m.in. z reprezentacją Bretanii. Gdy kilka dni temu okazało się, że działacze powołali do drużyny piłkarza, którego Michel nie chciał, a zgrupowanie przed PNA zorganizowali w RPA (wcześniej obiecywali, że odbędzie się w Ghanie), Francuz zrezygnował po raz drugi. - Pracowałem w jeszcze gorszych warunkach niż wcześniej, miałem mnóstwo problemów z politykami - tłumaczył 64-letni trener. Nowy minister sportu oskarżył go o sabotaż i brak szacunku.

Selekcjonerem mianowano Gílsona Paulo. Brazylijczyk nigdy nie prowadził reprezentacji, nigdy nie zarządzał drużyną klubową. Jego doświadczenie ogranicza się do szefowania akademii Vasco da Gama. Umowę podpisał we wtorek, w piątek jego drużyna zagra z RPA ostatni sparing przed mistrzostwami kontynentu. Kadrę na turniej musi podać do wtorku.

Zwyczaje panujące w Gwinei Równikowej Paulo poznał szybko, prezydent Teodoro Obiang Nguema Mbasogo na dzień przed sparingiem z RPA, zażądał, by mecz rozpoczął się wcześniej. Przywódca zaprosił na spotkanie - inaugurujące stadion Estadio de Bata - przywódców Czadu i Kamerunu. Gdyby piłkarze skończyli grać późno, obaj nie zdołaliby w piątek wrócić do domów.

poniedziałek, 01 sierpnia 2011

Ostrzegam - to będzie zabawa, szanse mistrzów Polski na rozstawienie wciąż są niewielkie. Ale na pewno większe niż kilka tygodni temu. Wtedy przyjmowaliśmy, że do decydującej rundy eliminacji LM dobiją zespoły z najwyższymi współczynnikami UEFA. Podział przed losowaniem wyglądałby tak:

Drużyny rozstawione

Glasgow Rangers

56,028

FC Kopenhaga

51,110

BATE Borysów

23,216

Maccabi Hajfa

21,400

Dinamo Zagrzeb

20,224

Drużyny nierozstawione

Rosenborg

19,375

Partizan Belgrad

15,850

APOEL Nikozja

13,124

Wisła Kraków

10,183

Sturm Graz

8,640

Kolejno: zespół, współczynnik UEFA

Wszystkie drużyny grają jednak w III rundzie eliminacji, a tam w pierwszych meczach kilku faworytów zawiodło. Z dziewięciu meczów III rundy dla krakowian nie ma znaczenia zwycięzca spotkania Zestaponi - Sturm Graz (w pierwszym meczu 1:1), bo obie drużyny mają niższy współczynnik od mistrzów Polski.

Mecze III rundy z udziałem drużyn, które mają wyższy współczynnik od Wisły i wynik pierwszego meczu (wielkimi literami drużyny z wyższym współczynnikiem)

GLASGOW RANGERS - Malmö 0:1

FC KOPENHAGA - Shamrock Rovers 1:0

Ekranas - BATE BORYSÓW 0:0

MACCABI HAJFA - Maribor 2:1

Helsinki - DINAMO ZAGRZEB 1:2

ROSENBORG - Viktoria Pilzno 0:1

Genk - PARTIZAN 2:1

APOEL - Slovan Bratysława 0:0

Zakładam, że awansują FC Kopenhaga, Maccabi Hajfa i Dinamo Zagrzeb. Wszystkie są faworytami i wygrały pierwsze mecze. By Wisła została rozstawiona, muszą wydarzyć się cztery z pięciu wyników:

- Ekranas co najmniej remisuje z BATE na wyjeździe

- Malmö co najmniej remisuje u siebie z Glasgow Rangers

- Viktoria Pilzno co najmniej remisuje u siebie z Rosenborgiem

- Genk broni w Belgradzie przewagi z pierwszego meczu

- Slovan wygrywa w Bratysławie z APOELem Nikozja

Koszyki przed piątkowym losowaniem IV rundy mogłyby wyglądać tak:

Drużyny rozstawione

FC Kopenhaga

51,110

BATE Borysów

23,216

Maccabi Hajfa

21,400

Dinamo Zagrzeb

20,224

Wisła Kraków

10,183

Drużyny nierozstawione

Sturm Graz

8,640

Genk

8,400

Slovan Bratysława

5,899

Viktoria Pilzno

5,170

Malmö

2,825

Kolejno: zespół, współczynnik UEFA

wtorek, 12 lipca 2011
niedziela, 10 lipca 2011

Młodzi piłkarze Realu są zdruzgotani. Snują się po klubowym centrum treningowym Valdebebas i próbują zrozumieć, dlaczego trener José Mourinho wydał 10 mln euro na 18-letniego stopera Lens Raphaëla Varane’a, a na rok starszego Neymara chce rzucić 45 milionów euro. Zdaniem juniorów w madryckiej szkółce uczą się piłkarze nie mniej utalentowani. Głębokie Gardło dziennika „Marca” twierdzi, że gdyby Jesé Rodríguez, 18-letni napastnik nazywany „Cristiano z Valdebebas” urodził się w Brazylii, również byłby gwiazdą Santosu.

Wychowanków wspierają kibice i dziennikarze. Tu, tu, tu i tu przeczytacie o juniorach Realu, którym „zatrzaśnięto drzwi do pierwszego składu”. Zainteresowanie juniorami wielkich klubów nie jest niczym wyjątkowym, fani Liverpoolu od miesięcy wypatrują w kadrze meczowej Raheema Sterlinga, kibice Manchesteru United martwią się wyskokami Ravela Morrisona, w Milanie wierzą, że na gracza klasy światowej wyrośnie Simone Verdi. W Madrycie wokół żółtodziobów biegają jednak dziennikarze najpoczytniejszych gazet, kibice chcą czytać relacje z meczów Realu Castilla, a piłkarze udzielają pierwszych wywiadów zanim nauczą się samodzielnie wiązać sznurówki. Każdy wydaje się nowym Emilio Butragueño, Míchelem czy Chendo. Tym bardziej gołowąs przypomina klubową legendę, im więcej wychowanków biega w pierwszej jedenastce Barcelony.

Rywalizacja szkółek obu klubów to jedna z bitew El Clásico. Katalończycy wyśmiewają madrycki uniwersytet, najgłośniej rechocze Johan Cruyff, ojciec założyciel La Masii. „Królewscy” wytykają rywalom, że w Katalonii wychowuje się piłkarzy grających tylko według nut napisanych przez Cruyffa, a Real szkoli graczy, którzy poradzą sobie wszędzie. Barcelona odpowiada, że absolwenci Valdebebas szukają pracy poza Madrytem, bo na Santiago Bernanebu trenerzy nie dają im szansy.

Media i kibice wymagają więc od Mourinho, by jak najczęściej sięgał po piłkarzy wykształconych w Castilli, by ci mogli udowodnić, że w stolicy wychowuje się specjalistów nie gorszych od Xaviego. Portugalski trener wybitnym wychowawcą młodzieży jednak nie jest (jego ambicje pedagogiczne zarżnął Mario Balotelli), poza tym przybył do Madrytu nie po to, by ulepić nowego Raula, ale by dziesiąty raz wygrać z Realem Puchar Europy.

W dodatku nawet przychylne „Królewskim” media, przyznają, że organizacyjnie La Masia wyprzedza szkółkę największego rywala o dziesięć lat. W Barcelonie niemowlaki raczkują w systemie 4-3-3, w Madrycie każdy szkoleniowiec ustawia zespół jak chce, a trenerów juniorów zmienia się prawie tak często jak pierwszego zespołu. To nie przypadek, że Arsene Wenger zaprasza do Londynu wychowanków Barcelony, a na zawodników wykutych w Madrycie nie chce spojrzeć. To nie przypadek, że rok temu złoto mistrzostw świata zdobyło trzech wychowanków Realu i dziewięciu Barcelony. Wypominanie poprzednim trenerom, że nie docenili Juana Maty, Borjy, albo Daniela Parejo nie ma sensu, bo żaden z nich do drużyny, która ma rzucić wyzwanie Barcelonie się nie nadaje. Żaden nie miałby miejsca w pierwszej jedenastce Mourinho, prawdopodobnie Portugalczyk wysyłałby ich na boisko równie rzadko, co odkupionego z Getafe absolwenta Valdebebas Estebana Granero. 24-letni pomocnik w wiosennych El Clásico nie zagrał ani minuty. W LM w pierwszej jedenastce zaczął tylko jeden mecz.

Mourinho ignoruje krzyki prasy i kibiców, domagających się, by Barcelonę rozgniótł Real pełny chłopaków z przedmieść Madrytu, bo wie, że to niemożliwe. Na Camp Nou zbudowano drużynę wyjątkową, na następnego zdobywcę Pucharu Europy z ośmioma wychowankami w składzie możemy czekać latami. Portugalczyk woli stworzyć zespół, który wielką Barcelonę zdetronizuje. A wtedy to Katalończycy zaczną gonić Real.

czwartek, 07 lipca 2011

Nie chcę znęcać się nad Jagiellonią, bo nie wydarzyło się dziś nic wyjątkowego. Zaskoczonym porażką z Irtyszem wrzucam link do rozmowy ze Zbigniewem Bońkiem, przeprowadzonej po wyeliminowaniu Wisły przez Levadię Tallin.

Proponuję natomiast zmienić nastawienie do występów polskich zespołów w europejskich pucharach. Zamiast liczyć, że reprezentanci Ekstraklasy obiją międzynarodową konkurencję, życzmy im meczów z rywalami, którzy jakoś się wyróżniają. Piękną i długą historią, trenerem-dziwakiem ustawiającym zespół w klasycznym systemie WM, bramkarzem, spędzającym noc przed meczem w śpiworze za linią bramkową.

Dlatego, gdy 15 lipca Gianni Infantino wybierze Legii i - oby - Śląskowi rywali w III rundzie LE, ze wszystkich sił będę ściskał kciuki, by jego ręka trafiła na kulkę z paskiem, na którym wymalowano nazwę klubu ze Stoke

Trenerzy Maciej Skorża i Orest Lenczyk nie rozpracują taktyki spadkobierców Stanleya Matthewsa dzięki sprowadzanym z Amazona podręcznikom, objaśniającym jak powstrzymać zespoły długo utrzymujące się przy piłce, biegające w nowoczesnych systemach taktycznych. By zrozumieć, jak kopie piłkę drużyna Tony’ego Pulisa trzeba sięgnąć do pożółkłych książek z końca lat 80. Najbardziej przydadzą się te, traktujące o systemie 4-4-2, niezbędne będzie opracowanie, który uczy jak przetrwać, gdy najwyższy piłkarz twojej drużyny jest niższy od najniższego rywala.

Pulis krasnalom pozwala biegać tylko na skrzydłach. Pozostali sylwetkami i wzrostem niewiele różnią się od braci Kliczko. Gdyby na trening Stoke wpadł David Haye, by spojrzeć w oczy obrońców, musiałby zadzierać głowę.

Na Britannia Stadium powstał rezerwat angielskiej piłki. Odcięta od świata wyspa, której tubylcy bronią przed futbolową globalizacją. Tam za herezję uznaje się wypowiedziane kilkadziesiąt lat temu słowa Briana Clougha, który stwierdził, że gdyby Bóg chciał, by w piłkę grano w chmurach, posadziłby tam trawę.

Piłkarze Pulisa inaczej niż w chmurach, grać nie potrafią. Kopią i biegną, uprzedzają kibiców, którzy zadurzyli się w stylu Barcelony by omijali Britannia Stadium, bo stracą czas. Krytyków pytają, po jaką cholerę mają przed zagraniem piłki w pole karne wymieniać 15 podań, skoro wystarczy jedno. Zresztą, najlepiej czują się, gdy akcji nie muszą rozgrywać. Stoper Robert Huth, nazywany przez fanów „Murem Berlińskim” strzelił w poprzednim sezonie dziewięć goli i był drugim najlepszym strzelcem drużyny. Niemiec urósł do 191 cm. Jego ciut niższym kolegom przy stałych fragmentach nie wolno wbiegać w pole karne, bo są za mali.

Prawdopodobnie istnieją drużyny, które dokładniej dośrodkowują z rzutów wolnych. Być może znajdziecie wybitniejszych specjalistów od wykopywania piłki z rzutów rożnych. Ale na pewno nie zbudowano zespołu, którego szanse na gola tak bardzo wzrastają po wypadnięciu piłki za linię boczną. Wtedy do roboty zabiera się Rory Delap - jedyny piłkarz z pola znany bardziej z gry rękami niż nogami. W poprzednim sezonie po jego wrzutach z autu Stoke zdobyło osiem bramek. Umiejętności 35-letniego pomocnika doceniono w irlandzkim komitecie olimpijskim, który chciał, by Delap na igrzyskach w Londynie reprezentował kraj w rzucie oszczepem. Irlandczyk odmówił, wciąż ulepsza ciskanie piłką.

Chciałbym, by trenerzy Śląska albo Legii spędzili kilka wieczorów na analizie trajektorii lotu piłki miotanej przez Delapa. Chciałbym zobaczyć, jak tłumaczą swoim piłkarzom, by za nic na świecie na własnej połowie nie wybijali piłki w trybuny, chciałbym zobaczyć, jak zachowują się, gdy miotacz ze Stoke wyciera piłkę ręcznikiem i bierze rozbieg. Życzliwie podpowiadam, że sezon temu na stadionie w Burnley reklamy ustawiono pół metra za linią końcową, by uniemożliwić Delapowi rozbieg.

Nie wszystkim styl zawodników z Staffordshire odpowiada, niektórzy uważają ich za boiskowych barbarzyńców, skupiających się na łamaniu nóg rywalom. Inni pracę Pulisa doceniają, chwalą za znalezienie taktyki, która wyciska z piłkarzy wszystko, co mają najlepszego.

Dzięki niemu pokonanie Stoke stało się w europejskim futbolu testem najważniejszym. Angielscy eksperci wzbraniają się przed ogłoszeniem Leo Messiego królem futbolu, bo Argentyńczyk nigdy nie udowodnił klasy w zimny, deszczowy wieczór na Britannia Stadium. Dla Messiego mecz ze Stoke długo będzie niedostępny, Waldemar Sobota i Maciej Rybus magiczny wieczór mogą przeżyć na przełomie lipca i sierpnia.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43