Some people think football is a matter of life and death. I assure you, it s much more serious than that. Bill Shankly
niedziela, 19 sierpnia 2012

Zapowiedź La Liga znajdziecie tutaj, na blogu dodatek o tych, którym walka o mistrzostwo nie grozi.

Jak Phelps do Moussambaniego

Meksyk, Wenezuela, Kostaryka i Portoryko - to kraje, które po zdobyciu mistrzostwa świata odwiedziła reprezentacja Hiszpanii. Odwiedziła, bo nie dość, że ją zapraszają to jeszcze świetnie płacą. Środowa wyprawa na sparing z 138. w rankingu FIFA Portoryko przyniosła hiszpańskiej federacji 2 mln euro. „El Pais” pisał, że to tak, jakby Michael Phelps pojechał do Gwinei Równikowej odwiedzić Erica Moussambaniego. Mecz rozpoczął się z piętnastominutowym opóźnieniem, rozgrywany był w 35-stopniowym upale i 75-procentowej wilgotności.

Sportowo takie mecze nie mają żadnego sensu (w dodatku grożą kontuzjami, w środę kolano uszkodził obrońca Atletico Juanfran), ale selekcjoner Vicente del Bosque musi na nie zabierać najsilniejszy skład (gospodarz płaci i wymaga), siedmiogodzinną podróż przez ocean przeżyli więc i Casillas, i Pique, i Iniesta, i Torres.

Dziennikarze piszą, że najlepsza reprezentacja w historii stała się dla działaczy kurą znoszącą złote jaja. W listopadzie, tuż po i tuż przed meczami w lidze Hiszpanie polecą do Panamy. Federacja 54. zespołu rankingu FIFA zapłaci już 4,5 mln euro. Po zwycięstwie w trzecim wielkim turnieju z rzędu, cena za sparing wzrosła.

Kto kupi Malagę?

W sobotę Malagę ratował debiutant Fabrice Olinga. Kameruński napastnik miał 16 lat i 98 dni, gdy pokonał bramkarza Celty Vigo i został najmłodszym strzelcem w historii La Liga. Rok temu wydawało się, że prędzej w ataku Malagi zobaczymy Zlatana Ibrahimovicia niż wychowanka Fundacji Samuela Eto’o, która pomaga młodym piłkarzom.

Katarczyk Abdullah bin Nasser bin Abdullah Al Ahmed Al Thani planował rozbicie duopolu barcelońsko-madryckiego i podbój Ligi Mistrzów. Na piłkarzy wydał 60 mln euro, szefem szatni mianował Manuela Pellegriniego. Chilijczyk wywiązał się z zadania, Malaga zajęła czwarte miejsce w lidze, w środę zagra z Panathinaikosem o fazę grupową LM. Ale Al Thaniego klub już nie obchodzi, od miesięcy nie włożył w niego ani eurocenta, niedawno wystawił na sprzedaż. Oficjalnie Katarczyka przestraszyło finansowe fair play, które pozwala wydawać klubom, tyle, ile zarobią. Nieoficjalnie, Al Thani się obraził. Liczył, że dzięki sponsorowaniu piłkarzy, przekona lokalne władze, by pozwoliły mu na inwestycje w regionie. „Project Malaga” został jednak odrzucony. Wiosną piłkarze nie dostawali pensji, latem odeszli Santi Cazorla (Arsenal), Salomon Rondon (Rubin Kazań) i Joris Mathijsen (Feyenoord). Zanim zrezygnował dyrektor sportowy Fernando Hierro negocjował z klubami, od których rok temu Malaga kupowała piłkarzy. Nie zapłaciła do dziś, wierzyciele grozili zgłoszeniem sprawy do UEFA. Kilka dni temu, z pieniędzy zarobionych na transferach, wypłacono pracownikom 30 procent zaległych pensji. Co będzie dalej, nie wiadomo.

Szaleństwo w Bilbao

Jesienią ich mecz z Barceloną obwołano „odą do futbolu”, wiosną wyeliminowali z Ligi Europejskiej Manchester United. Na początku maja Athletic Bilbao uznawane było za rewelację sezonu w Europie.

Ale potem wszystko zaczęło się psuć. Baskowie przegrali finały LE i Pucharu Hiszpanii, gdy wracający z urlopu trener Marcelo Bielsa zobaczył, że remont ośrodka treningowego nie został ukończony w terminie, wyzywał firmę budowlaną od oszustów i złodziei. Działacze go nie poparli, więc zrezygnował. Zdanie zmienił po kilku dniach, ale o spokoju nie było mowy. Najlepszy strzelec Fernando Llorente ogłosił, że nie przedłuży wygasającego za rok kontraktu. Hiszpanie plotkują, że ma dość współpracy z trenerem, który katuje piłkarzy na treningach i nawet przez myśl mu nie przejdzie, że jego podwładny może być zmęczony. Bilbao opuści też defensywny pomocnik Javi Martinez, za którego Bayern zapłaci aż 40 mln euro. W niedzielę na San Mamés gospodarze przegrywali już 0:3, wyrównali, ale przegrali 3:5.  

Jeszcze więcej El Clásico

Starszaki grają ostatnio kilka razy do roku, ale rezerwy nie rywalizowały od 1997 r. Real Castilla to beniaminek II ligi, Barcelona B w poprzednim sezonie zajęła ósme miejsce. Oba zespoły opierają się na wychowankach, w kadrach nie znajdziecie piłkarza starszego niż 25 lat. Gwiazdą młodego Realu będzie król strzelców mistrzostw Europy dziewiętnastolatków Jesé Rodríguez, Barcelony - Gerard Deulofeu, podwójny zwycięzca tej imprezy (obaj debiutowali już w dorosłych zespołach). Katalończycy ligę zaczęli od wieczoru pełnego fajerwerków, strzelili u siebie cztery gole, ale przegrali 4:5 z Almerią. Real na wyjeździe nie dał rady Villarreal. Klub El Madrigal to drugi powód, by śledzić hiszpańską drugą ligę. W kadrze spadkowicza zostali Marcos Senna i Giuseppe Rossi. Mało? O awans do La Liga walczą też Alcorcon, który cztery lata temu pisał historię Realu Madryt (w Pucharze Króla u siebie zlał „Królewskich” 4:0), oraz Mirandas, które wiosną pisało swoją historię (z Pucharu odpadło dopiero w półfinale). Małe El Clásico 25 sierpnia i 26 stycznia.

20:53, michal.szadkowski
Link Komentarze (2) »
czwartek, 16 sierpnia 2012

Zapowiedź Premier League znajdziecie tutaj, na blog wrzucam dodatek, o tych, którzy nie grają o mistrzostwo (a nawet o tych, którzy o nim nie marzą), ale warto ich oglądać.

Będzie Liverpoolona?

Jeśli jesteś pierwszy, jesteś pierwszy. Jeśli jesteś drugi, jesteś niczym - mawiał legendarny trener Liverpoolu Bill Shankly. Od Brendana Rodgersa, który latem został trenerem „The Reds” nie wymaga się ani miejsca pierwszego, ani drugiego, ani nawet czwartego. - Rok temu uznaliśmy awans do Ligi Mistrzów za realny cel, a skończyliśmy na ósmym miejscu. Teraz najbardziej chcemy stabilizacji - mówił właściciel klubu John W. Henry. Rodgers to były trener rezerw Chelsea, który przez ostatnie dwa lata prowadził Swansea. Jeszcze zanim awansował do Premier League, jego drużynę ogłoszono angielską wersją Barcelony. Na Anfield też chce stworzyć zespół, który będzie grał szybko i efektownie. Przez całe lato próbował się pozbyć niekompatybilnego z takim stylem Andy’ego Carrolla (jeszcze się nie udało), zaprosił Fabio Boriniego (pracował z nim w Chelsea i Swansea), Joe Allena (również zna go ze Swansea), lada dzień do szatni Liverpoolu wejdzie Nuri Şahin. Reprezentant Turcji dwa lata temu został wybrany na najlepszego piłkarza Bundesligi, podpisał umowę z Realem Madryt, ale ostatni sezon stracił przez kontuzje. Latem usłyszał od José Mourinho, że nie ma szans na grę, ale nie zostanie sprzedany, bo klub wciąż w niego wierzy. Wypożyczyć 24-letniego rozgrywającego chciały Arsenal i Liverpool, Mourinho doradził podwładnemu przejście na Anfield. Hiszpanie plotkują, że także dlatego, że Rodgersa zna (z Chelsea) i bardzo lubi, a za trenerem Arsenalu Arsenem Wengerem nie przepada.

Powrót Big Sama

Jeśli chcecie obejrzeć mecz West Hamu, przygotujcie się na podróż w czasie. Zespoły prowadzone przez Sama Allardyce’a niemal zawsze zaczynają akcje długim podaniem do wielkiego napastnika, który ma albo odegrać piłkę głową, albo ją opanować i szybko strzelić. W poprzednim sezonie w ataku WHU najczęściej grali Carlton Cole (191 cm wzrostu), Ricardo Vaz Tê (188 cm), Nicky Maynard (182) i Frédéric Piquionne (188 cm). Po awansie do Premier League „Big Sam” dokupił Modibo Maïgę (188 cm). Jeśli jednak uważacie 58-letniego za futbolowego jaskiniowca, jesteście w błędzie. Jeszcze zanim w Europie czytano książkę „Moneyball”, on już spotykał się z Billym Beanem. Gdy pracował w Boltonie obejrzał kilkaset rzutów rożnych z meczów Premier League, bo chciał zbadać, gdzie najczęściej ląduje piłka po wybiciu jej przez obrońców. Gdy znalazł to miejsce, postawił tam piłkarza i jego zespół przestał w ten sposób tracić gole.

36 tys. funtów na tydzień. W trzeciej lidze

Cztery lata temu kibice Portsmouth oklaskiwali piłkarzy, którzy grają dziś w Liverpoolu (Glen Johnson), Realu Madryt (Lass Diarra) i Milanie (Sulley Muntari). Cieszyli się z Pucharu Anglii i ósmego miejsca w lidze. Na początku sierpnia na treningi pierwszego zespołu przychodzili tylko juniorzy, amatorzy i piłkarze testowani, a klubowi - dziś trzecioligowemu - groziła likwidacja. W zespole zostało kilku zawodników z profesjonalnymi kontraktami, ale ci nie trenowali, bo kierujący (kolejny raz w ostatnich latach) Portsmouth zarząd komisaryczny ogłosił, że musi rozwiązać z nimi umowy. Wszyscy zarabiali za dużo, komin płacowy w drużynie miał wynosić 6 tys. funtów tygodniowo. Negocjacje łatwe nie były, bo taki Tal Ben Haim trzy lata temu podpisał umowę gwarantującą 36 tys. funtów tygodniowo. Ktoś zapomniał wtedy wpisać do kontraktu, że w razie spadku, będzie dostawał mniej, więc przez kilka tygodni reprezentant Izraela był prawdopodobnie najlepiej zarabiającym trzecioligowcem na świecie. Dogadywanie z piłkarzami skończyło się tydzień temu. W czwartek trener Michael Appleton podpisał miesięczne umowy z dziesięcioma zawodnikami. Na dłuższe nie zgodził się zarząd.

Gwiazda, którą zobaczyć trudno

Gdyby ktoś zaczął się interesować piłką angielską na początku lipca i przez następny miesiąc pochłaniał wszystkie artykuły o tamtejszym futbolu, dziś doszedłby do wniosku, że nie ma lepszego piłkarza na Wyspach od Jacka Butlanda. 19-letni bramkarz Birmingham, który ostatni sezon spędził w czwartoligowym Cheltenham Town, został powołany na Euro, bo kontuzja wykluczyła Johna Ruddy’ego. Na treningach zachwycił selekcjonera Roya Hodgsona, po ME dostał powołanie do olimpijskiej reprezentacji Wielkiej Brytanii. Wskoczył do pierwszego składu, był jednym z niewielu zawodników, do których nie można mieć pretensji za fatalny występ na igrzyskach, zakończony ćwierćfinałową porażką w rzutach karnych z Koreą Południową. W środę wystąpił w sparingu z Włochami i został najmłodszym w historii bramkarzem drużyny „Trzech Lwów”. Miał 19 lat i 158 dni, pobił Billy’ego Moona, który był o 64 dni starszy, gdy w 1888 r. bronił angielskiej bramki w meczu z Walią. Mało jest gazet, którym Butland nie udzielił jeszcze wywiadu, ostatnio mówił, że chce zastąpić w reprezentacyjnej bramce Joe'a Harta. Ostatni raz Wyspy oszalały tak dziesięć lat temu, gdy Wayne Rooney strzelił pięknego gola Arsenalowi. Zobaczyć nową gwiazdę angielskiego futbolu jednak trudno, bo Birmingham City gra w II lidze. Oferty z lepszych klubów Butland ponoć odrzucił.

...i coś, czego zobaczyć się nie da

W niedzielę minie 20. rocznica gola Roberta Warzychy - ostatniego polskiego w Premier League. Napastnik Evertonu pokonał bramkarza Manchesteru United, a jego zespół wygrał 3:0. W tym sezonie raczej o Warzysze nie zapomnimy, bo jedynym Polakiem, pewnym miejsca w jedenastce klubu Premier League jest bramkarz Wojciech Szczęsny. Jego zmiennikiem w Arsenalu wciąż jest Łukasz Fabiański. W II lidze zagrają skrzydłowy Sławomir Peszko (w Wolverhampton, uważanym obok Leicester i Boltonu za faworytów do awansu), golkiper Tomasz Kuszczak (w mającym szanse na baraże Brighton), Radosław Majewski (w średnim Nottingham Forest) i rozgrywający Tomasz Cywka (w Barnsley, uznawanym przez bukmacherów za najsłabszy klub ligi). W Premier League raczej nie zagra Sebastian Boenisch, którego testowały West Ham i Stoke. Po pierwszym sparingu trener tego ostatniego Tony Pulis ocenił, że po Euro 2012 obrońca nie trenował zbyt dużo i doskonale to widać.

22:32, michal.szadkowski
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 sierpnia 2012

Mogliśmy się umówić w moim pokoju - żartował Stuart Pearce, trener piłkarskiej reprezentacji Wielkiej Brytanii, gdy na jego pierwszą olimpijską konferencję przyszło siedmiu dziennikarzy. Uwierzyć nie mogli organizatorzy, którzy usadowili selekcjonera w sali na 130 osób.

Pearce opowiadał, że brak zainteresowania pomoże jego drużynie. Powtarzał słowa trenerów reprezentacji Anglii i jej gwiazd, tłumaczących, że na wielkich turniejach ręce, nogi i głowy pętają im oczekiwania prasy, ekspertów i kibiców. Na Wyspach pierwsi kopnęli świński pęcherz, pierwsi spisali zasady gry i uznali się za pierwsze futbolowe mocarstwo. Podobno najsilniejszą reprezentację stworzyli przed II wojną, ale nie da się tego sprawdzić, bo obrazili się i nie przyjechali na trzy pierwsze mistrzostwa świata. Po wojnie przyjechali i na mundialu w 1950 r. dostali lanie od Amerykanów. Do dziś zdobyli na MŚ tylko jeden medal - mniej od Polaków, Węgrów i Szwedów, ale wciąż uważają się za zespół światowej czołówki, niemal przed każdym wielkim turniejem uważają się za kandydatów do podium. A potem odpadają w ćwierćfinale, po porażce w rzutach karnych, w fatalnym stylu. I tłumaczą się presją.

Gdy w sobotę szansę na półfinał traciła drużyna Pearce’a, na stadionie olimpijskim po złoto sięgała Jessica Ennis. Gdybym tworzył ranking sportowców, od których w Londynie wymagano najwięcej, brytyjska siedmioboistka przegrałaby tylko z Usainem Boltem (po Michaelu Phelpsie więcej oczekiwano w Pekinie). Kilka lat temu ogłoszono ją największą brytyjską gwiazdą igrzysk, regularnie trafiała na czołówki gazet. Wyspiarze najwięcej medali zaplanowali w kolarstwie i wioślarstwie, czyli dyscyplinach, w których mają tradycje, ale zależało im też na zwycięstwie spektakularnym, które zauważy cały świat. Szans na triumf w prestiżowych sprintach nie mieli, pierwszą damą brytyjskiego sportu obwołano więc Ennis. I 26-letnia wieloboistka, choć skakała, rzucała i biegała ze świadomością, że nawet srebro będzie klęską, wygrała.

Zgodnie z planem triumfowali też wpychani na najwyższy stopień podium na długo przed igrzyskami sir Chris Hoy i Jason Kenny, kolejne złota kolekcjonują inni kolarze oraz wioślarze. Niemal na pewno Brytyjczycy zbiorą w Londynie więcej niż 48 medali, które zakładali. To nie jest tak, że Wyspiarze są genetycznie niezdolni do wygrywania.

Kibice i prasa wciąż jednak wierzą w wymówki piłkarzy. Nie zauważają, że angielska reprezentacja problemów ma tuzin, a psychika zawodników jest jedną z wielu - nie najważniejszą - przyczyną klęsk. Choć na półfinał MŚ albo ME czekają od 16 lat, choć w tym czasie jedne mistrzostwa kontynentu opuścili, choć w Europie nie ceni się angielskich trenerów, wierzą, że są w stanie wychować graczy, którzy przywiozą z wielkiego turnieju medal. Angielski futbol wciąż jest wyspą.

Brytyjski sport przestał nią być, gdy z igrzysk w Atlancie reprezentanci Zjednoczonego Królestwa przywieźli jedno złoto, a w klasyfikacji medalowej wylądowali za Etiopią, Nigerią i Belgią. Rok później UK Sport zaczęło dostawać pieniądze od National Lottery. Morze pieniędzy, w ostatnich czterech latach, razem z funduszami z ministerstwa - 488 mln funtów. Równocześnie Brytyjczycy uznali, że nie na wszystkim znają się najlepiej. Wciąż zarządzali związkami, ale władzę nad przygotowaniami atletów oddali obcokrajowcom. Dyrektorem sportowym lekkoatletów mianowano Holendra Charlesa van Commeneego, za wioślarstwo odpowiada Niemiec Jürgen Gröbler, nauczycielem taekwondo został Koreańczyk Won Jae Moon, Kanadyjka Biz Price szkoli pływaczki synchroniczne. W sumie w 21 z 26 dyscyplin olimpijskich, najważniejsze decyzje podejmowali w ostatnich latach obcokrajowcy.

W futbolu wpuszczenie kogoś bez angielskiego paszportu do siedziby federacji wciąż uchodzi za świętokradztwo. Tamtejszy futbol jest zbyt dumny, by zniżyć się do podpatrywania Francuzów, Hiszpanów, Holendrów i Niemców.

Nie chodzi o zatrudnienie selekcjonera zza granicy, bo on wpływ ma tylko na pierwszą reprezentację. Rzecz w fachowcu, który zorganizowałby szkołę wychowującą trenerów, który pokazałby Anglikom jak ćwiczyć z dzieciakami, który sprawiłby, że po boiskach Premier League będzie biegało więcej angielskich piłkarzy. Federacja wciąż zdaje się liczyć, że robotę odwalą za nią pełne zagranicznych fachowców kluby. Te są zainteresowane inwestowaniem w juniorów, ale nie zaglądają im w paszporty. Z szesnastoletniej pracy Arsene’a Wengera w Arsenalu reprezentacja Anglii pożytek ma niewielki. Z dziewięciu lat spędzonych w Chelsea przez Romana Abramowicza - żaden.

Żeby stać się futbolowym mocarstwem, Anglicy musieliby najpierw zrozumieć, że teraz nim nie są. Dopiero wtedy mieliby szanse, by rzuty karne w ćwierćfinale mistrzostw świata wykonywali atleci o psychice i klasie Jessiki Ennis, a nie rozdygotanego Ashleya Younga.

22:49, michal.szadkowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lipca 2012

Brytyjczycy na medal w piłkarskim turnieju olimpijskim czekają od 1912 r., Urugwajczycy od zwycięstwa w 1928 r. ani razu nie grali na igrzyskach. W Londynie mierzą w złoto, ale jeśli się nie uda, katastrofy nie będzie. Gospodarze mistrzostw świata w 2014 r. albo turniej wygrają, albo stracą trenera.

Dwa lata temu Telê Santana, szef najpiękniej kopiącej piłkę reprezentacji Brazylii z 1982 r., przewracał się w grobie, a jej kapitan Socrates ogłaszał, że rodakom nie kibicuje, kciuki trzymał za Hiszpanów. Trener Dunga popełnił wtedy dwa grzechy, w brazylijskim futbolu niewybaczalne: jego piłkarze nie zdobyli mistrzostwa świata, w dodatku bardziej niż atakami, zajmowali się przerywaniem akcji rywali. Koszmar.

Potem było jeszcze gorzej. Mano Menezes został trenerem głównie dlatego, że faworyci działaczy i kibiców zrezygnowali (Muricy Ramalho) albo brakowało im doświadczenia (Leonardo). Na zeszłorocznym Copa América jego zespół z czterech meczów wygrał jeden i odpadł w ćwierćfinale. Brazylijczycy zaczęli się bać, że planowane na mundial w 2014 r. święto, zamieni się w stypę. Świetnie pamiętają, że gdy poprzednio organizowali turniej, otarli się o koniec świata. W dniu finału w 1950 r. karnawał zaczął się rano, gazety ogłaszały, że wieczorem Canarinhos zdobędą pierwsze złoto mundialu. A potem na boisko wybiegli Urugwajczycy i wygrali 2:1. Jeśli Holendrzy nie przesadzają, nazywając „matką wszystkich porażek” przegrany 1:2 finał MŚ 74 z Niemcami, to ich ojcem z pewnością jest klęska Brazylii na stadionie Maracană.

Choć po Copa América domagano się dymisji selekcjonera, Menezes przetrwał. Z każdym miesiącem jego pozycja jednak słabła. Brazylia osunęła się własnie na 11., najgorsze w historii miejsce w rankingu FIFA, kibice narzekają na brak zaangażowania u piłkarzy, a Romario wypalił niedawno, że „gdyby mundial zaczynał się dziś, gospodarze odpadliby w fazie grupowej”. Prezes federacji Jose Maria Marin w kwietniu ogłosił, że jeśli selekcjoner nie przywiezie z Londynu złotego medalu, zostanie wylany.

Nie ma znaczenia, że o jego pracy turniej olimpijski powie tak naprawdę niewiele, bo do Anglii przyjedzie sklecony na szybko zespół do lat 23, wzmocniony trzema piłkarzami starszymi. Menezes musi sięgnąć po ostatnie trofeum, którego Brazylia nie zdobyła.

Wpakował więc do szatni czołowego stopera świata (Thiago Silva), czołowego lewego obrońcę (Marcelo) i prawdopodobnie najlepszego piłkarza grającego poza Europą (Neymar). Do Londynu pojadą też rozrywani przez gigantów ze Starego Kontynentu Ganso (rozrywają Milan i kluby angielskie), Lucas Moura (rozrywają Manchester United, Inter i Real) i Oscar (wzięła go Chelsea za 25 mln funtów). Nawet hiszpańska kadra, z mistrzami Europy i świata, obok zestawu wybranego przez Menezesa wygląda blado.

Blado wyglądali jednak także rywale Brazylii 16 lat temu, gdy do Atlanty pojechali Dida, Aldair, Roberto Carlos, Juninho, Rivaldo i Ronaldo. Canarinhos zaczęli wtedy od porażki z Japonią, w półfinale przegrali z Nigerią. Cztery lata później (z Ronaldinho i Lucio) w grupie polegli z RPA, odpadli w ćwierćfinale z Kamerunem. W Pekinie (z Silvą, Marcelo, Ronaldinho i Pato) skończyło się na półfinałowym laniu od Argentyny.

Menezes ogłosił już, że na igrzyskach zmieści w jedenastce trzech napastników (Hulk, Leandro Damião i Neymar) oraz ofensywnego pomocnika (Oscar). Chce nie tylko wygrać, chce wygrać efektownie.

Pytanie tylko, czy to najlepsza metoda, na ostatnich wielkich turniejach triumfowały zespoły bardziej niż w ataku, zachwycające w defensywie. Brazylijczycy w czterech tegorocznych sparingach dali sobie wbić dziewięć goli, ani razu nie kończyli meczu bez straty bramki.

środa, 11 lipca 2012

Za 58 dni Polska zacznie eliminacje mundialu w Brazylii. Nie wiadomo jeszcze, kto będzie pomagał selekcjonerowi Waldemarowi Fornalikowi, nie wiadomo, jakich wybierze piłkarzy, nie wiadomo, na jaką zdecyduje się taktykę. Wiadomo, że w XXI wieku żaden trener biało-czerwonych nie mierzył się w grupie z tak wymagającymi rywalami.

Ich siłę widzieliśmy w eliminacjach Euro 2012 (Czarnogórcy przegrali awans dopiero w barażach), na ME (Ukraina robiła lepsze wrażenie od Polski, prowadzona przez Roya Hodgsona Anglia nie przegrała jeszcze meczu), ich siłę pokazuje ranking FIFA. Do końca rzeczywistości on nie oddaje, bo Anglicy w czwórce najlepszych zespołów świata nie byli od 22 lat, ale dla tych obliczeń nie ma to wielkiego znaczenia. Ukraina wylądowała w piątej dziesiątce tylko dlatego, że przez ostatnie trzy lata nie grała o punkty. Gdy zaczynały się eliminacje Euro 2012, zajmowała 25. miejsce.

MŚ 2014: Anglia (4*), Ukraina (46), Czarnogóra (50) = 100**

MŚ 2010: Czechy (8), Irlandia Północna (33), Słowacja (65) = 108

ME 2008: Portugalia (8), Serbia (36), Belgia (57) = 101

MŚ 2006: Anglia (8), Walia (61), Austria (86) = 155

ME 2004: Szwecja (20), Węgry (67), Łotwa (96) = 183

MŚ 2002: Norwegia (10), Ukraina (30), Walia (102) = 142
* miejsca w rankingu na dwa miesiące przed startem eliminacji.
** suma miejsc trzech najsilniejszych rywali w grupie

Fornalik będzie też musiał się zmierzyć z fatalnym kalendarzem eliminacji. Franciszek Smuda uważał, że nie ma on żadnego znaczenia i zgodził się na propozycje rywali.

Polacy zaczną od wyjazdu do Podgoricy, gdzie Czarnogóra z 11 spotkań o stawkę przegrała dwa. Z Włochami w eliminacjach mundialu i Czechami w barażach o Euro 2012. Punkty tracili tam Anglicy, Irlandczycy, Szwajcarzy i Bułgarzy.

W czerwcu - gdy większość drużyn stara się unikać meczów o stawkę (Anglicy za żadne skarby nie chcieli wtedy grać) - Polacy jadą do Mołdawii. Niby nie jest to duże wyzwanie, ale właśnie w czerwcu zespół Leo Beenhakkera przegrał na wyjeździe z Armenią.

Eliminacje zespół Fornalika zakończy meczami z Ukrainą w Kijowie i Anglią w Londynie. Przypominacie sobie, kiedy ostatni raz reprezentacja Polski zagrała dwa świetne mecze w cztery dni? A mało prawdopodobne, by na dwa spotkania przed końcem eliminacji była pewna choćby udziału w barażach. Gdyby w tych okolicznościach Fornalik doprowadził reprezentację do mundialu w Brazylii, naprawdę zasłużyłby na transparent "Waldek King" na Stadionie Narodowym. 

czwartek, 08 marca 2012

Na taki wieczór zanosiło od 8. minuty meczu z Atletico Madryt, gdy Argentyńczyk dostał żółtą kartkę, która wyeliminowała go ze spotkania ze Sportingiem Gijon. Messi pojechał na zgrupowanie reprezentacji, strzelił trzy gole Szwajcarii i dostał od Pepa Guardioli dwa dni wolnego. Wcześniej potrafił przekonać trenera, by ten wypuścił go na boisko, nawet, gdy nie było to konieczne. Tym razem nic zdziałać nie mógł, na futbolowym głodzie oglądał mecz kolegów z outsiderem ligi, a gdy w końcu zagrał, pięć razy pokonał bramkarza Bayeru Leverkusen, co w Pucharze Europy nie zdarzyło się od 1979 r. W 1/8 finału tylu goli nie strzelił nikt.

Wszystkich rekordów, które pobił i pobije napastnik Barcelony wymienić się nie da, sprawdziłem więc, jakie są szanse, że kiedyś stanie się najczęściej trafiającym do bramki przedstawicielem naszego gatunku.

Problem w tym, że trudno ustalić, ile goli strzelili konkurenci. RSSSF podaje, że najlepszy był Josef Bican, który trafił 805 razy lub więcej (trafiał przed, w trakcie i po II wojnie). Drugie miejsce zajmuje Romario (772), potem Pelé (767), Ferenc Puskás (746, ale może więcej) i Gerd Müller (735). Ta statystyka wydaje się najbliższa prawdy, bo zlicza wyłącznie gole z meczów oficjalnych. Zainteresowanym się ona jednak nie podoba, wolą doliczać także trafienia ze sparingów, meczów juniorów itd. W efekcie Pele utrzymuje, że zdobył 1284 bramki, a Bicanowi naliczono ich aż 1468.

Przy takich zasadach Messi wielkich szans nie ma, bo Barcelona towarzysko kopie bardzo rzadko, a Bican między 1937 a 1948 r. zagrał w Slavii Praga 153 sparingi i strzelił 298 goli.

Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę tylko mecze oficjalne, osiągnięcie Bicana trudno będzie Messiemu pobić. Do dziś zagrał w Barcelonie 311 meczów i strzelił 228 goli. Średnio 0,73 gola na mecz. Przez osiem lat od debiutu w pierwszej drużynie średnio występuje 39 razy w sezonie. Obie są zaniżone, przez pierwsze sezony, gdy grał i trafiał rzadziej. Zakładam jednak, że nie uda mu się utrzymać skuteczności z ostatnich lat (średnio prawie gol na mecz) do końca kariery.

Jeśli przez następną dekadę będzie grał średnio 39 meczów na sezon i strzelał średnio 0,73 gola, zdobędzie 286 bramek. W sumie będzie ich miał 514.

W 67 meczach w reprezentacji trafił 22 razy. Średnia: 0,32 gola na mecz. Jeśli przez następne 10 lat będzie średnio występował w niej 10 razy w roku, zdobędzie 32 bramki. W sumie będzie ich miał 54.

Do 568 goli doliczmy 13 z reprezentacji U-20 i olimpijskiej oraz 11 z Barcelony B i C. 592 trafienia dawałyby mu w tabelce RSSSF szóste miejsce za Müllerem (735), a przed Ferencem Deákiem (576).

Diego Maradonę wyprzedzi już niedługo. Największy z największych w klubach i kadrze trafił 345 razy.

czwartek, 09 lutego 2012

Był wybawicielem, przybywał z lepszego piłkarskiego świata, jego wywiady - porozumiewał się w obcym języku - brzmiały jak kazania. Ale kibice chcieli go słuchać, a piłkarze mu uwierzyli. Choć na wielkich turniejach nie uchodzili za faworytów, przekonywali, że jeśli nie z nim i nie teraz, to już nigdy. Gdy kończyło się jak zwykle, wybawiciel zamieniał się w nieudacznika. Wytykano mu, że nie nauczył się języka, nie potrafił dotrzeć do piłkarzy i wymyślić taktyki, dzięki której drużyna wybiegałaby sukces. Kibice nie chcieli już słuchać jego kazań, a podwładni przestali mu wierzyć.

Leo Beenhakker przeszedł taką drogę w Polsce, Fabio Capello - w Anglii. Efekt jest ten sam - od zakończonego klęską mundialu w RPA zmęczeni współpracą ze szkoleniowcem działacze i eksperci twierdzili, że jego następcą musi być Anglik.

Harry Redknapp, choć nie ma tylu sukcesów w lidze angielskiej, co Franciszek Smuda w polskiej, zapracował na podobne poparcie mediów i kibiców. Głosów sprzeciwu nie słychać i pewnie niewiele by się ich pojawiło, nawet gdyby jutro Jose Mourinho ogłosił, że chciałby przejąć angielską reprezentację.

Jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, Redknapp dostanie wymarzoną pracę.

W najgorszym możliwym momencie.

Nie tylko dlatego, że po drużynie Capello Anglicy niczego się już nie spodziewali, a od ekipy Redknappa będą wymagali na Euro 2012 medalu. Nie tylko dlatego, że drużynę będzie musiał sklecić ekspresowo.

Przez ostatnie lata powołanie do reprezentacji wywoływało u angielskiego piłkarza ból głowy i problemy z żołądkiem.

Jamie Carragher opowiadał, że zawodnicy boją się grać w kadrze, bo po jednym błędzie są masakrowani. - W klubie nigdy nie będziesz tak krytykowany, poza tym następny mecz grasz za kilka dni. Gdy pomylisz się w reprezentacji, możesz czekać na występ miesiącami - mówił obrońca Liverpoolu.

Gary Neville również pisał, że reprezentanci Anglii są przestraszeni, a przyjeżdżanie na zgrupowania nazwał „straszną stratą czasu”.

Paul Scholes narzekał, że drużyna jest podzielona, a piłkarze ze słabszych klubów nie myślą o sukcesie reprezentacji. Zależy im tylko na wypromowaniu się i transferze do lepszego zespołu.

Carragher i Scholes, by nie przeżywać przykrych chwil, z reprezentacji zrezygnowali. W ostatnich latach odmówili także Wayne Bridge, Wes Brown, Luke Young, Ben Foster i Paul Robinson. Trudno o drugą reprezentację w Europie, z którą tak wielu piłkarzy nie chce mieć nic wspólnego.

To największe wyzwanie Redknappa - zbudować drużynę i sprawić, by podwładni przestali się bać przyjazdu na zgrupowanie. Anonimowy zawodnik, piszący felietony w Guardianie, twierdzi, że dziś gra w angielskiej kadrze przypomina seks z królową. Honor to wielki, ale radości niewiele.

niedziela, 29 stycznia 2012

Po dziadku ze strony ojca odziedziczył włoskie nazwisko, matka ma brazylijskie korzenie. Futbolu uczył się w Kenii, jego właścicielem jest klub angielski, ale w tym sezonie 19-letni Szwed walczy o tytuł króla strzelców ligi holenderskiej. - To fenomen - mówi trener Feyenoordu Ronald Koeman.

Choć pierwszego hat-tricka w seniorskiej karierze Guidetti strzelił już miesiąc temu, dopiero w niedzielę usłyszała o nim Europa. W „De Klassieker” znów trafił trzy razy, a Feyenoord pokonał Ajax 4:2. W sumie zdobył w tym sezonie 14 bramek (w 13 meczach), do prowadzącego w klasyfikacji strzelców Basa Dosta traci trzy gole.

Do Manchesteru City Guidettiego sprowadził cztery lata temu Sven Goran Eriksson. Młody Szwed regularnie trafiał w juniorach i rezerwach, ostatni sezon skończył z 13 golami w 17 meczach. W maju jego ojciec i agent zażądał, by za przedłużenie kontraktu klub zapłacił synowi 10 tys. funtów. Działacze odmówił, a piłkarz podpisał umowę z Twente. Wtedy o sprawie dowiedział się trener Roberto Mancini i nakazał go odkupić. Klub z Enschede zgodził się, ale za 1 mln funtów.

Włoski trener zabrał go na letnie tournee, a Guidetti strzelił gola w sparingu z Vancouver Whitecaps. - Może być naszym piątym, albo czwartym napastnikiem. Dostanie szansę - obiecywał Mancini. W ostatnim dniu letniego okna transferowego odesłał jednak Szweda do Rotterdamu.

Ojciec Guidettiego był nauczycielem w szwedzkiej szkole w Nairobi. Mały John po zajęciach w szkółce Ligi Ndogo, biegał za piłką z dzieciakami ze slumsów. - Dzieci z bogatych rodzin grały słabo. Te biedniejsze biegały bez butów, ale potrafiły grać w piłkę. Kupiliśmy im buty i koszulki, stworzyliśmy drużynę. Czasami siadałem na ławce, bo w zespole było mnóstwo starszych chłopców, ale treningi z nimi bardzo mi pomogły - opowiada Guidetti. Jego trener z Nairobi wspomina, że inne dzieci kopały piłkę dla zabawy, a Szwed podchodził do futbolu bardzo poważnie. - Ale wszyscy go lubili. Chłopcy cieszyli się, że mogą grać z „mzungu” [tak w Kenii nazywa się Europejczyków] - mówi Ibra Bikalo Musambia.

Od roku Guidetti występuje w młodzieżowej reprezentacji Szwecji, po niedzielnym hat-tricku dziennik „Aftonbladet” napisał, że selekcjoner Erik Hamrén nie może go dłużej ignorować. Napastnik Feyenoordu może zadebiutować w jego drużynie 29 lutego, w sparingu z Chorwacją. Ostatnim przed ogłoszeniem kadry na Euro 2012. 

czwartek, 26 stycznia 2012

Czasami w życiu jest tak, że biedny jest szczęśliwszy od bogatego - filozofuje Carlos Pouso, trener sensacyjnego półfinalisty Pucharu Hiszpanii. Maleńkiemu trzecioligowcowi kibicuje cały kraj

W środę Pablo Infante, magister zarządzania Uniwersytetu w Burgos, przejechał samochodem 50 km i o 7 rano otworzył bank. Kilka godzin wcześniej zdobył swoją siódmą bramkę w krajowym pucharze. Jest najlepszym strzelcem rozgrywek, w których niegdyś najczęściej trafiali: Leo Messi, Raul, Ronaldo i Diego Maradona.

- Rywalizowanie z obrońcami jest łatwiejsze od zarządzania bankiem, nawet tak małym jak mój - mówi 30-letni napastnik, który rocznie przejeżdża 45 tys. kilometrów. - Mnóstwo czasu zajmują mi dojazdy z domu do banku, a potem na trening. Ale to, że mam pracę, przy takim kryzysie ekonomicznym jest przywilejem - mówi Infante.

Tydzień temu wsiadł do samochodu w środku nocy. Czekała go 600-kilometrowa podróż z Barcelony, humor miał podły. Wcześniej Mirandés prowadziło na stadionie Espanyolu 2:0, ale w cztery minuty straciło trzy gole. Wydawało się, że sen klubiku z Burgos się skończył. I tak trwał niespodziewanie długo, trzecioligowiec pierwszy mecz w pucharze zagrał w sierpniu (najpotężniejsi zaczęli w grudniu), w drodze do Barcelony pobił pierwszoligowe Villarreal i Racing Santander. W rewanżu na wypełnionym sześciotysięcznym Estadio de Anduva przegrywał 0:1. Wyrównującego gola strzelił Infante, w doliczonym czasie awans zapewnił César Caneda. I zaczęła się fiesta.

- Znalazłem się w odpowiednim miejscu i czasie. Mamy randkę z historią, o której będę opowiadał wnukom - mówił trener Pouso, który nie nadąża z udzielaniem wywiadów.
- Biegaliśmy, walczyliśmy i pracowaliśmy razem. Dziękuję wszystkim Hiszpanom za wsparcie - mówił Infante.

Gratulacje składali na Facebooku i Twitterze piłkarze największych klubów. „To niesamowite. Jak wielki jest futbol! - pisał stoper Barcelony Gerard Pique. „Co za mecz, osiągnęli historyczny sukces - emocjonował się pomocnik Chelsea Juan Mata, a Henok Goitom z Almerii zapowiedział, że otworzy konto w banku zarządzanym przez Infante, bo wszystko, czego ten dotyka, zamienia się w złoto. „Klub z Miranda de Ebro ma miejsce w sercach wszystkich Hiszpanów” - pisał „As”. „Marca” nazwała piłkarzy półamatorskiego zespołu „Superherosami”, którzy „zachwycili kraj pasją, zaangażowaniem, skromnością i radością”.

Mirandés ma 1,2 mln euro rocznego budżetu, większość 85-letniej historii spędziło w III lidze. W tym sezonie prowadzi i jest faworytem. W poprzednim - awans przegrało dopiero w finale baraży. Infante dzień przed decydującym meczem miał ślub. Na weselu zjadł lekki posiłek i poszedł spać.

We wtorek jego klub jako drugi trzecioligowiec w historii dobił do półfinału krajowego pucharu. O finał zagra z Athletic Bilbao. Infante marzy o finale z Barceloną.

Bohater Mirandés od lat odrzucał oferty z lepszych klubów, bo zależało mu na pracy w banku. Teraz zainteresowanie nim jest jeszcze większe, ale Infante zapowiada, że zostanie, by spełnić marzenie kibiców i awansować do II ligi. - Mój synek powiedział mi we wtorek, że powinienem kupić Pablo, bo to świetny piłkarz - opowiadał trener Valencii Unai Emery.

A otoczony kibicami Infante mówił we wtorek, że choć za kilka godzin musi iść do pracy, najpierw pójdzie świętować.

piątek, 20 stycznia 2012

Ronaldinho

Środowy mecz z boliwijskim Realem Potosi w Copa Libertadores może być ostatnim Brazylijczyka we Flamengo.

W poprzednim sezonie Ronaldinho strzelił 21 goli (ostatni raz tak skuteczny był w Barcelonie), trafił także w reprezentacji, marzył o mundialu w 2014 r. Władzom Flamenego nie przeszkadzało, że 30-letni gwiazdor nie zmienił przyzwyczajeń. Regularnie organizował balangi, kupił dyskotekę naprzeciwko swojej rezydencji i chciał połączyć oba budynki tunelem.

Cierpliwość trenera Vanderleia Luxemburgo wyczerpała się kilka dni temu. Na początku przygotowań do sezonu gwiazdor nie przychodził na poranne treningi, tłumaczył się bezsennością. Na zgrupowaniu zapraszał do pokoju kobiety, choć szkoleniowiec stanowczo tego zabraniał. Luxemburgo pokazał zarządowi klubu zapis wideo z hotelowych kamer i postawił ultimatum: albo odejdzie piłkarz, albo on. Wtedy do prezes Patricii Amorim poszedł Ronaldinho. I powiedział, że zostanie w Rio de Janeiro tylko, jeśli Luxemburgo zostanie zwolniony. Amorim zapewniła go, że poszuka nowego trenera.

Wciąż jednak nie wiadomo, czy Ronaldinho zostanie, bo od pięciu miesięcy nie dostaje pensji. Z płatności nie wywiązuje się sponsorująca Flamengo firma marketingowa Traffic, która odpowiada za 75 proc. zarobków piłkarza. Zaległości przekroczyły już 2 mln dolarów, pieniędzy nie dostają też inni zawodnicy. Obrońca Alex Silva odmówił wyjazdu do Boliwii, rozgrywający Thiago Neves podpisał kontrakt z Fluminense.

Roberto Assis Moreira, brat i agent Ronaldinho, twierdzi, że jeśli zaległości nie zostaną uregulowane, znajdzie mu inny klub. Zainteresowane są podobno kluby brazylijskie, hiszpańskie i włoskie.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45