Some people think football is a matter of life and death. I assure you, it s much more serious than that. Bill Shankly
środa, 11 stycznia 2012

Nigeria, Puchar Narodów Afryki

W latach 90. Nigeryjczycy dwa razy grali w fazie pucharowej mundialu, zdobyli złote medale Pucharu Narodów Afryki i igrzysk olimpijskich. W tym roku na mistrzostwa kontynentu i turniej do Londynu w ogóle nie pojadą.

Dziennikarze piszą, że futbol wciąż jest traktowany w Nigerii jak religia. Dzieciaki kochają piłkę kopać i oglądać. Na ulicach Abudży nie sposób jednak dostrzec chłopców ubranych w stroje najlepszych krajowych zespołów. Łatwiej spotkać dziecko noszące koszulki Manchesteru United i Chelsea. Popularność rodzimej ligi wyrżnęła o dno, bo punkty zdobywa się w niej dzięki wpływom politycznym i korumpowaniu sędziów. Mało kto potrafi się też połapać, kiedy ich drużyna zacznie sezon i kiedy go skończy; ile drużyn zagra w pierwszej lidze i ile z niej spadnie. Start poprzednich rozgrywek zaplanowano na 25 września 2010 r., a piłkarze wybiegli na boisko dwa miesiące później. Rundę rewanżową zaczęto zgodnie z planem, ale skończono z sześciotygodniowym opóźnieniem. Mistrza wyłaniano rok, bo dyskutowano o regulaminie, bo działacze nie mogli dogadać się z sędziami, bo kilka kolejek przełożono z powodu wyborów.

Młodzi Nigeryjczycy wolą oglądać angielską Premier League. Jeśli jednak zamarzy im się kariera Johna Obiego Mikela czy Petera Odemwingie, napotkają na kłopoty. Blisko 170-milionowy kraj doczekał się tylko jednego trenera z licencją UEFA Pro - Sunday’a Oliseha, byłego piłkarza Borussii Dortmund i Juventusu. O certyfikat Afrykańskiej Federacji Piłkarskiej (CAF) nie postarał się nikt. Kluby nie dbają o kształcenie szkoleniowców, bo brakuje im pieniędzy. W innych krajach dużą częścią budżetów piłkarskich firm są pieniądze ze sprzedaży praw do transmisji telewizyjnych. W Nigerii handlują nimi władze ligi i zyski zatrzymują dla siebie.

Nawet gdyby młody piłkarz chciał trenować sam, nie ma gdzie. W ostatniej dekadzie na budowę boisk FIFA przekazała nigeryjskiemu związkowi 2,5 mln dol. Pieniądze zagarnęli nieuczciwi działacze.

Dzieciaki nie odpuszczają, ale gdy osiągną wiek juniora, czeka ich kolejny zawód. Nigeria jest potęgą w młodzieżowym futbolu - do finału mundialu siedemnastolatków dobijała sześć razy. Więcej niż Brazylia. Siedemnastolatek na powołanie do reprezentacji szanse ma jednak niewielkie, bo działacze mimo badań kości i groźby dyskwalifikacji wciąż nie zrezygnowali z podbijania juniorskich imprez piłkarzami zbliżającymi się do trzydziestki. Tuż przed ostatnimi mistrzostwami Afryki dwudziestolatków trenerzy zrezygnowali z Macksona Ojobo i Gomo Onduku. Oficjalnie z „powodów technicznych”. Według prasy działacze przestraszyli się, że za wysłanie starszych piłkarzy reprezentacja wyleci z turnieju. Prasa wspomina, że w 2007 r. na mistrzostwa świata siedemnastolatków wysłano bramkarza, który trzy lata wcześniej wziął ślub i wychowywał trójkę dzieci. Naprawdę urodził się w 1979 r. Inny tłumaczył dziennikarzom, że w krajowej lidze regularnie występował już jako dwunastolatek.

Uczciwi piłkarze przetrwają, ale później będzie jeszcze trudniej. Na powołanie do seniorskiej reprezentacji nie da się bowiem zapracować tylko świetną grą. Kilka miejsc w kadrze zajmują ulubieńcy działaczy, selekcjoner Lars Lagerbäck opowiadał, że na mundial w RPA wepchnięto mu Yakubu, Danny’ego Shittu i Nwankwo Kanu. Do reprezentacji można się też dostać dzięki łapówkom. Miejsce w kadrze na mistrzostwa świata w 2002 r. trenerzy wycenili na 10 tys. dolarów, za wyjście na boisko w sparingu trzeba zapłacić 500 dol.

Efekt jest taki, że w plebiscycie na najlepszego piłkarza kontynentu Nigeryjczyk ostatni raz wdrapał się na podium siedem lat temu, reprezentacja na zwycięstwo w seniorskich MŚ czeka 13 lat, w 2012 r. zabraknie jej w mistrzostwach kontynentu pierwszy raz od 25 lat. Nazywana „Dream Teamem V” drużyna nie pojedzie też na igrzyskach w Londynie. Przydomek zawdzięcza zespołowi, który w 1996 r. zdobył złoty medal w Atlancie. I to naprawdę był „Dream Team”. Piłkarze Anderlechtu (Babayaro), Ajaksu (Kanu), Sportingu Lizbona (Amunike), Eintrachtu (Okocha) i Monaco (Ikpeba) w półfinale pobili Brazylię (z Ronaldo, Rivaldo, Bebeto i Roberto Carlosem), w finale Argentynę (z Zanettim, Ayalą, Crespo i Simeone). Przed mundialem w 1998 r. „Super Orły” uważano za jedną z najlepszych drużyn na świecie. Co się zmieniło? Prezes związku Alhaji Aminu Maigari, który problemy próbuje rozwiązać tworzeniem antykryzysowych komisji, uważa, że piłkarzom bardziej niż na reprezentacji zależy na klubach. Domaga się od zawodników oddania i patriotyzmu.

Dziennikarze tłumaczą, że 20 lat temu w nigeryjskiej piłce brakowało pieniędzy. Po sukcesach futbol przyciągał ludzi, którzy chcieli na nim wzbogacić. Aż w końcu kurę znoszącą złote jajka zarżnęli.

poniedziałek, 09 stycznia 2012

Była 12. minuta derbów Manchesteru, gdy stoper City sfaulował Naniego (tutaj dłuższy filmik) i wyleciał z boiska. Trener Roberto Mancini wściekł się na sędziego Chrisa Foya, City zapowiedziało, że odwoła się od decyzji i jest pewne wygranej.

Zadzwoniłem do Rafała Rostkowskiego, sędziego międzynarodowego, mającego w dorobku 110 meczów reprezentacji narodowych i w europejskich pucharach:

Czerwona kartka to odważna i bardzo dobra decyzja sędziego, całkowicie zgodna z tym, czego od sędziów oczekuje Pierluigi Collina, szef Komisji Sędziowskiej UEFA. Vincent Kompany atakował dwiema nogami z korkami skierowanymi w rywala, ryzykując jego zdrowie. Nie ma znaczenia, że nie trafił w nogi Naniego. Sędziowie mogą karać także za niebezpieczne zagrania, gdy nie dochodzi do kontaktu z przeciwnikiem, i pokazać czerwoną kartkę nawet w sytuacji, gdy zawodnik trafia w piłkę. Kompany mógł spowodować poważną kontuzję Naniego.

Czerwonych kartek pokazanych w takich sytuacjach może być coraz więcej, bo w zawodowych ligach, gdzie za piłkarzy płaci się miliony, wszystkim zależy na ich zdrowiu. Sędziowie są zmuszani, by karać zagrania, które mogą narazić przeciwnika na poważną kontuzję, a kluby na milionowe straty. Proszą o to kluby, ligi i związki zawodowe piłkarzy.

Jeśli piłkarz nie chce być w ten sposób karany, nie może grać w sposób niebezpieczny dla przeciwnika. Jeśli ryzykuje - tak jak Kompany - musi liczyć się z tym, że może zostać usunięty z boiska.

piątek, 06 stycznia 2012

Gwinea Równikowa, Puchar Narodów Afryki

Będą najsłabszą drużyną na mistrzostwach kontynentu, których - pierwszy raz - są współgospodarzami. Przez ostatnie lata w obawie przed kompromitacją rozdawali paszporty na prawo i lewo, ich trener na pewno dobrej drużyny już nie zbuduje.

- Nasza reprezentacja ma nie tylko grać atrakcyjnie, ale także wygrać Puchar Narodów Afryki. Mamy takie same możliwości jak wszyscy inni - mówił rok temu prezydent Gwinei Równikowej Teodoro Obiang Nguema Mbasogo. Rządzący krajem od 32 lat tyran argumentował, że w 2008 r. kraj organizował kobiece mistrzostwa Afryki i turniej wygrał (sukces był wielki, bo na dziewięć edycji w ośmiu triumfowały Nigeryjki. Później okazało się, że w reprezentacji Gwinei Równikowej biegają także mężczyźni).

Męska drużyna zajmuje jednak 150. miejsce w rankingu FIFA (18 miejsc za Liechtensteinem), nigdy nie zakwalifikowała się na mistrzostwa kontynentu, o mundialu nie wspominając. Na rozpoczynającym się 21 stycznia PNA Gwinea Równikowa zagra, bo razem z Gabonem, turniej organizuje.

Do sukcesu reprezentację ledwie 500-tysięcznego kraiku miał doprowadzić Henri Michel, który na mundialu w 1986 r. zdobył z Francją brązowy medal, w 2006 r. pojechał na mistrzostwa świata z Wybrzeżem Kości Słoniowej, w klubach i reprezentacjach pracuje od 30 lat. Taką szatnią jak w Gwinei Równikowej nie zarządzał jednak nigdy.

Od połowy poprzedniej dekady działacze z Malabo starają się bowiem poprawić wyniki reprezentacji dzięki naturalizacji piłkarzy, którzy z krajem nie mają nic wspólnego. Na pomysł wpadł Brazylijczyk Antônio Dumas, który zaprosił do reprezentacji pół tuzina rodaków. Dziś obcokrajowców w kadrze Gwinei Równikowej trudno już zliczyć. Czerwoną koszulkę zakładali Ghańczyk, Liberyjczyk, kilku Kameruńczyków i Nigeryjczyków. Obywatelstwo dostał także były piłkarz Legii Mamadou Baldé, który w Warszawie był jeszcze Senegalczykiem. - Wolałbym przegrać trzema golami i grać wśród rodaków niż między piłkarzami z różnych krajów. Jeśli twój bramkarz pochodzi z Brazylii, napastnik z Nigerii, a pomocnik z Kamerunu, to już nie jest reprezentacja, tylko klub - narzekał pomocnik Juvenal Edjogo-Owono.

Michelowi polityka władz także się nie podobała. Bał się o atmosferę w szatni, wolał powoływać zawodników kopiących piłkę w słabych krajowych klubach. Na to jego szefowie - wtrącający się do wszystkiego - nie chcieli się zgodzić. W październiku, po kłótni z synem prezydenta - ówczesnym ministrem sportu - Francuz zrezygnował. Po kilku dniach prezydent odwołał potomka i przekonał szkoleniowca do powrotu.

Wtedy o triumfie na mistrzostwach kontynentu trener już nawet nie marzył. Przed grudniowym losowaniem grup PNA mówił, że niezależnie od rywali, jego zespół będzie outsiderem, wygranie meczu porównał do zdobycia Everestu. - Nikt nie chce pomóc mojej drużynie - powiedział Michel. Narzekał na futbolowych działaczy, którzy wypłacali sobie wysokie premie, ale nie zadbali o silnych przeciwników dla reprezentacji, która w ubiegłym roku mierzyła się m.in. z reprezentacją Bretanii. Gdy kilka dni temu okazało się, że działacze powołali do drużyny piłkarza, którego Michel nie chciał, a zgrupowanie przed PNA zorganizowali w RPA (wcześniej obiecywali, że odbędzie się w Ghanie), Francuz zrezygnował po raz drugi. - Pracowałem w jeszcze gorszych warunkach niż wcześniej, miałem mnóstwo problemów z politykami - tłumaczył 64-letni trener. Nowy minister sportu oskarżył go o sabotaż i brak szacunku.

Selekcjonerem mianowano Gílsona Paulo. Brazylijczyk nigdy nie prowadził reprezentacji, nigdy nie zarządzał drużyną klubową. Jego doświadczenie ogranicza się do szefowania akademii Vasco da Gama. Umowę podpisał we wtorek, w piątek jego drużyna zagra z RPA ostatni sparing przed mistrzostwami kontynentu. Kadrę na turniej musi podać do wtorku.

Zwyczaje panujące w Gwinei Równikowej Paulo poznał szybko, prezydent Teodoro Obiang Nguema Mbasogo na dzień przed sparingiem z RPA, zażądał, by mecz rozpoczął się wcześniej. Przywódca zaprosił na spotkanie - inaugurujące stadion Estadio de Bata - przywódców Czadu i Kamerunu. Gdyby piłkarze skończyli grać późno, obaj nie zdołaliby w piątek wrócić do domów.

poniedziałek, 01 sierpnia 2011

Ostrzegam - to będzie zabawa, szanse mistrzów Polski na rozstawienie wciąż są niewielkie. Ale na pewno większe niż kilka tygodni temu. Wtedy przyjmowaliśmy, że do decydującej rundy eliminacji LM dobiją zespoły z najwyższymi współczynnikami UEFA. Podział przed losowaniem wyglądałby tak:

Drużyny rozstawione

Glasgow Rangers

56,028

FC Kopenhaga

51,110

BATE Borysów

23,216

Maccabi Hajfa

21,400

Dinamo Zagrzeb

20,224

Drużyny nierozstawione

Rosenborg

19,375

Partizan Belgrad

15,850

APOEL Nikozja

13,124

Wisła Kraków

10,183

Sturm Graz

8,640

Kolejno: zespół, współczynnik UEFA

Wszystkie drużyny grają jednak w III rundzie eliminacji, a tam w pierwszych meczach kilku faworytów zawiodło. Z dziewięciu meczów III rundy dla krakowian nie ma znaczenia zwycięzca spotkania Zestaponi - Sturm Graz (w pierwszym meczu 1:1), bo obie drużyny mają niższy współczynnik od mistrzów Polski.

Mecze III rundy z udziałem drużyn, które mają wyższy współczynnik od Wisły i wynik pierwszego meczu (wielkimi literami drużyny z wyższym współczynnikiem)

GLASGOW RANGERS - Malmö 0:1

FC KOPENHAGA - Shamrock Rovers 1:0

Ekranas - BATE BORYSÓW 0:0

MACCABI HAJFA - Maribor 2:1

Helsinki - DINAMO ZAGRZEB 1:2

ROSENBORG - Viktoria Pilzno 0:1

Genk - PARTIZAN 2:1

APOEL - Slovan Bratysława 0:0

Zakładam, że awansują FC Kopenhaga, Maccabi Hajfa i Dinamo Zagrzeb. Wszystkie są faworytami i wygrały pierwsze mecze. By Wisła została rozstawiona, muszą wydarzyć się cztery z pięciu wyników:

- Ekranas co najmniej remisuje z BATE na wyjeździe

- Malmö co najmniej remisuje u siebie z Glasgow Rangers

- Viktoria Pilzno co najmniej remisuje u siebie z Rosenborgiem

- Genk broni w Belgradzie przewagi z pierwszego meczu

- Slovan wygrywa w Bratysławie z APOELem Nikozja

Koszyki przed piątkowym losowaniem IV rundy mogłyby wyglądać tak:

Drużyny rozstawione

FC Kopenhaga

51,110

BATE Borysów

23,216

Maccabi Hajfa

21,400

Dinamo Zagrzeb

20,224

Wisła Kraków

10,183

Drużyny nierozstawione

Sturm Graz

8,640

Genk

8,400

Slovan Bratysława

5,899

Viktoria Pilzno

5,170

Malmö

2,825

Kolejno: zespół, współczynnik UEFA

wtorek, 12 lipca 2011
niedziela, 10 lipca 2011

Młodzi piłkarze Realu są zdruzgotani. Snują się po klubowym centrum treningowym Valdebebas i próbują zrozumieć, dlaczego trener José Mourinho wydał 10 mln euro na 18-letniego stopera Lens Raphaëla Varane’a, a na rok starszego Neymara chce rzucić 45 milionów euro. Zdaniem juniorów w madryckiej szkółce uczą się piłkarze nie mniej utalentowani. Głębokie Gardło dziennika „Marca” twierdzi, że gdyby Jesé Rodríguez, 18-letni napastnik nazywany „Cristiano z Valdebebas” urodził się w Brazylii, również byłby gwiazdą Santosu.

Wychowanków wspierają kibice i dziennikarze. Tu, tu, tu i tu przeczytacie o juniorach Realu, którym „zatrzaśnięto drzwi do pierwszego składu”. Zainteresowanie juniorami wielkich klubów nie jest niczym wyjątkowym, fani Liverpoolu od miesięcy wypatrują w kadrze meczowej Raheema Sterlinga, kibice Manchesteru United martwią się wyskokami Ravela Morrisona, w Milanie wierzą, że na gracza klasy światowej wyrośnie Simone Verdi. W Madrycie wokół żółtodziobów biegają jednak dziennikarze najpoczytniejszych gazet, kibice chcą czytać relacje z meczów Realu Castilla, a piłkarze udzielają pierwszych wywiadów zanim nauczą się samodzielnie wiązać sznurówki. Każdy wydaje się nowym Emilio Butragueño, Míchelem czy Chendo. Tym bardziej gołowąs przypomina klubową legendę, im więcej wychowanków biega w pierwszej jedenastce Barcelony.

Rywalizacja szkółek obu klubów to jedna z bitew El Clásico. Katalończycy wyśmiewają madrycki uniwersytet, najgłośniej rechocze Johan Cruyff, ojciec założyciel La Masii. „Królewscy” wytykają rywalom, że w Katalonii wychowuje się piłkarzy grających tylko według nut napisanych przez Cruyffa, a Real szkoli graczy, którzy poradzą sobie wszędzie. Barcelona odpowiada, że absolwenci Valdebebas szukają pracy poza Madrytem, bo na Santiago Bernanebu trenerzy nie dają im szansy.

Media i kibice wymagają więc od Mourinho, by jak najczęściej sięgał po piłkarzy wykształconych w Castilli, by ci mogli udowodnić, że w stolicy wychowuje się specjalistów nie gorszych od Xaviego. Portugalski trener wybitnym wychowawcą młodzieży jednak nie jest (jego ambicje pedagogiczne zarżnął Mario Balotelli), poza tym przybył do Madrytu nie po to, by ulepić nowego Raula, ale by dziesiąty raz wygrać z Realem Puchar Europy.

W dodatku nawet przychylne „Królewskim” media, przyznają, że organizacyjnie La Masia wyprzedza szkółkę największego rywala o dziesięć lat. W Barcelonie niemowlaki raczkują w systemie 4-3-3, w Madrycie każdy szkoleniowiec ustawia zespół jak chce, a trenerów juniorów zmienia się prawie tak często jak pierwszego zespołu. To nie przypadek, że Arsene Wenger zaprasza do Londynu wychowanków Barcelony, a na zawodników wykutych w Madrycie nie chce spojrzeć. To nie przypadek, że rok temu złoto mistrzostw świata zdobyło trzech wychowanków Realu i dziewięciu Barcelony. Wypominanie poprzednim trenerom, że nie docenili Juana Maty, Borjy, albo Daniela Parejo nie ma sensu, bo żaden z nich do drużyny, która ma rzucić wyzwanie Barcelonie się nie nadaje. Żaden nie miałby miejsca w pierwszej jedenastce Mourinho, prawdopodobnie Portugalczyk wysyłałby ich na boisko równie rzadko, co odkupionego z Getafe absolwenta Valdebebas Estebana Granero. 24-letni pomocnik w wiosennych El Clásico nie zagrał ani minuty. W LM w pierwszej jedenastce zaczął tylko jeden mecz.

Mourinho ignoruje krzyki prasy i kibiców, domagających się, by Barcelonę rozgniótł Real pełny chłopaków z przedmieść Madrytu, bo wie, że to niemożliwe. Na Camp Nou zbudowano drużynę wyjątkową, na następnego zdobywcę Pucharu Europy z ośmioma wychowankami w składzie możemy czekać latami. Portugalczyk woli stworzyć zespół, który wielką Barcelonę zdetronizuje. A wtedy to Katalończycy zaczną gonić Real.

czwartek, 07 lipca 2011

Nie chcę znęcać się nad Jagiellonią, bo nie wydarzyło się dziś nic wyjątkowego. Zaskoczonym porażką z Irtyszem wrzucam link do rozmowy ze Zbigniewem Bońkiem, przeprowadzonej po wyeliminowaniu Wisły przez Levadię Tallin.

Proponuję natomiast zmienić nastawienie do występów polskich zespołów w europejskich pucharach. Zamiast liczyć, że reprezentanci Ekstraklasy obiją międzynarodową konkurencję, życzmy im meczów z rywalami, którzy jakoś się wyróżniają. Piękną i długą historią, trenerem-dziwakiem ustawiającym zespół w klasycznym systemie WM, bramkarzem, spędzającym noc przed meczem w śpiworze za linią bramkową.

Dlatego, gdy 15 lipca Gianni Infantino wybierze Legii i - oby - Śląskowi rywali w III rundzie LE, ze wszystkich sił będę ściskał kciuki, by jego ręka trafiła na kulkę z paskiem, na którym wymalowano nazwę klubu ze Stoke

Trenerzy Maciej Skorża i Orest Lenczyk nie rozpracują taktyki spadkobierców Stanleya Matthewsa dzięki sprowadzanym z Amazona podręcznikom, objaśniającym jak powstrzymać zespoły długo utrzymujące się przy piłce, biegające w nowoczesnych systemach taktycznych. By zrozumieć, jak kopie piłkę drużyna Tony’ego Pulisa trzeba sięgnąć do pożółkłych książek z końca lat 80. Najbardziej przydadzą się te, traktujące o systemie 4-4-2, niezbędne będzie opracowanie, który uczy jak przetrwać, gdy najwyższy piłkarz twojej drużyny jest niższy od najniższego rywala.

Pulis krasnalom pozwala biegać tylko na skrzydłach. Pozostali sylwetkami i wzrostem niewiele różnią się od braci Kliczko. Gdyby na trening Stoke wpadł David Haye, by spojrzeć w oczy obrońców, musiałby zadzierać głowę.

Na Britannia Stadium powstał rezerwat angielskiej piłki. Odcięta od świata wyspa, której tubylcy bronią przed futbolową globalizacją. Tam za herezję uznaje się wypowiedziane kilkadziesiąt lat temu słowa Briana Clougha, który stwierdził, że gdyby Bóg chciał, by w piłkę grano w chmurach, posadziłby tam trawę.

Piłkarze Pulisa inaczej niż w chmurach, grać nie potrafią. Kopią i biegną, uprzedzają kibiców, którzy zadurzyli się w stylu Barcelony by omijali Britannia Stadium, bo stracą czas. Krytyków pytają, po jaką cholerę mają przed zagraniem piłki w pole karne wymieniać 15 podań, skoro wystarczy jedno. Zresztą, najlepiej czują się, gdy akcji nie muszą rozgrywać. Stoper Robert Huth, nazywany przez fanów „Murem Berlińskim” strzelił w poprzednim sezonie dziewięć goli i był drugim najlepszym strzelcem drużyny. Niemiec urósł do 191 cm. Jego ciut niższym kolegom przy stałych fragmentach nie wolno wbiegać w pole karne, bo są za mali.

Prawdopodobnie istnieją drużyny, które dokładniej dośrodkowują z rzutów wolnych. Być może znajdziecie wybitniejszych specjalistów od wykopywania piłki z rzutów rożnych. Ale na pewno nie zbudowano zespołu, którego szanse na gola tak bardzo wzrastają po wypadnięciu piłki za linię boczną. Wtedy do roboty zabiera się Rory Delap - jedyny piłkarz z pola znany bardziej z gry rękami niż nogami. W poprzednim sezonie po jego wrzutach z autu Stoke zdobyło osiem bramek. Umiejętności 35-letniego pomocnika doceniono w irlandzkim komitecie olimpijskim, który chciał, by Delap na igrzyskach w Londynie reprezentował kraj w rzucie oszczepem. Irlandczyk odmówił, wciąż ulepsza ciskanie piłką.

Chciałbym, by trenerzy Śląska albo Legii spędzili kilka wieczorów na analizie trajektorii lotu piłki miotanej przez Delapa. Chciałbym zobaczyć, jak tłumaczą swoim piłkarzom, by za nic na świecie na własnej połowie nie wybijali piłki w trybuny, chciałbym zobaczyć, jak zachowują się, gdy miotacz ze Stoke wyciera piłkę ręcznikiem i bierze rozbieg. Życzliwie podpowiadam, że sezon temu na stadionie w Burnley reklamy ustawiono pół metra za linią końcową, by uniemożliwić Delapowi rozbieg.

Nie wszystkim styl zawodników z Staffordshire odpowiada, niektórzy uważają ich za boiskowych barbarzyńców, skupiających się na łamaniu nóg rywalom. Inni pracę Pulisa doceniają, chwalą za znalezienie taktyki, która wyciska z piłkarzy wszystko, co mają najlepszego.

Dzięki niemu pokonanie Stoke stało się w europejskim futbolu testem najważniejszym. Angielscy eksperci wzbraniają się przed ogłoszeniem Leo Messiego królem futbolu, bo Argentyńczyk nigdy nie udowodnił klasy w zimny, deszczowy wieczór na Britannia Stadium. Dla Messiego mecz ze Stoke długo będzie niedostępny, Waldemar Sobota i Maciej Rybus magiczny wieczór mogą przeżyć na przełomie lipca i sierpnia.

wtorek, 07 czerwca 2011

To powinna być futbolowa informacja tygodnia, a przemilczały ją agencje prasowe i portale internetowe. Reprezentacja, która na każdą wielką piłkarską imprezę jechała po zwycięstwo, na Euro 2012 po zwycięstwo przyjeżdżać nie zamierza. Kraj dotąd przekonany o wielkości i wyjątkowości swoich kopaczy, dostrzega ich wady. Selekcjoner, specjalista wybitny, który na koniec kariery zapragnął do wagonu pucharów wywalczonych z klubami dołożyć medale z mundialu i Euro, przyznaje się do bezsilności.

To wszystko wydarzyło się po sobotnim remisie Anglików ze Szwajcarami. Zazwyczaj na rok przed wielkim turniejem wyspiarze sukcesu byli pewni. Piłkarze prześcigali się w obietnicach, komentatorzy głosili, że reprezentację stać na zwycięstwo.

Dziś Martin Samuel, od lat wybierany na najlepszego angielskiego dziennikarza piszącego o futbolu, wylicza pięć europejskich reprezentacji lepszych od drużyny Fabio Capello i dwie grające na tym samym poziomie. Samuel wieści Anglikom porażkę w ćwierćfinale. Jest optymistą, przy niekorzystnym losowaniu mogą zakończyć turniej w fazie grupowej.

Nadziei nie daje selekcjoner, który tłumaczy fatalną grę drużyny zmęczeniem. Capello twierdzi, że na czerwcowe zgrupowania przyjeżdżają zawodnicy wycieńczeni walką o trofea w kraju i Europie. Utrzymuje, że nie brakuje im umiejętności, ale świeżości i energii. To samo mówił rok temu, po przegranym mundialu. Przez 12 miesięcy nie wykombinował, co zrobić, by w czerwcu zawodnicy byli w formie, mało prawdopodobne, by wymyślił coś przed ME. W to, że piłkarzom pomoże dziesięć dni wakacji po sezonie klubowym, mało kto wierzy. W to, że można wygrać ME w formie z mundialu czy meczu ze Szwajcarią, nie wierzy nikt.

Anglicy niczego wielkiego nie odkryli, od lat poza nimi samymi, nikt ich za faworytów wielkich turniejów nie uważał. Nie wyjaśnili tylko, z czego wynika słabość reprezentacji.

Z Capello zgodzić się trudno. Wyspiarze od lat powtarzają, że nie ma piłkarzy częściej wybiegających na boisko od tych zatrudnionych w Premier League. Mylą się. Jedenastka na mecz ze Szwajcarią w sezonie klubowym zagrała 434 spotkania. O 53 mniej od Hiszpanów, którzy w sobotę rozbili Amerykanów (gdyby zagrali Iniesta i Xavi przewaga mistrzów świata byłaby jeszcze większa). Wyspiarze utrzymują też, że w żadnej lidze mecze nie wykańczają tak bardzo jak w angielskiej. Ale z drugiej strony wybrańcy Capello od 2006 r. tylko raz skrócili sobie letnie wakacje, rok temu pojechali podbić RPA. Hiszpanie od 2008 r. biegają niemal bez przerwy.

Być może Capello ma jednak rację. Tyle, że zmęczenie najlepszych wynika, nie z zabójczego tempa Premier League, ale z tego, co dzieje się po meczach. Przybysze z kontynentu od lat opowiadają, że angielscy piłkarze przy stole przestają być piłkarzami, nie liczą wchłoniętych steków ani litrów sosów, którymi je oblewają, o kaloriach nie wspominając. Wyjątkiem jest Arsenal, gdzie na jednym liściu sałaty zawodnik musi przeżyć tydzień, ale na Emirates biega tylko dwóch reprezentantów Anglii.

Wbrew temu co mówi Capello, problemem są też umiejętności. Włoch wybiera z bardzo płytkiego źródła, zmiennikami gwiazd są piłkarze, którzy nigdy nie grali w Lidze Mistrzów. Większość trudno sobie wyobrazić w zespołach z pierwszej dziesiątki rankingu UEFA. Kilka kontuzji powoduje, że na boisko wychodzą piłkarze mierni.

Najważniejsze jest jednak to, że reprezentacja Anglii stała się dla piłkarzy mało prestiżowa. Na opinię czołowych zawodników świata Lampard, Terry, Ferdinand i Rooney zapracowali w klubach. Liderzy Chelsea wiedzą, że łatwiej im będzie dopaść wymarzonego zwycięstwa w LM niż osiągnąć sukces na Euro. Do klęsk w reprezentacji przywykli.

Słabsi w ogóle nie chcą w niej grać. Nie ma drugiego kraju w Europie, w którym tak wielu piłkarzy na powołanie do kadry, reaguje zakończeniem reprezentacyjnej kariery. W ostatnich lata zrezygnowali Jamie Carragher, Wayne Bridge, Wes Brown i Luke Young. Ostatnio Capello odmówili bramkarze Ben Foster i Paul Robinson. Zaproszony na mecz ze Szwajcarią drugi golkiper Fulham David Stockdale brał ślub, więc zamiast niego przyjechał Robert Green, który właśnie spadł z West Hamem do II ligi.

Anglikom pozostaje wiara w cuda. W to, że bez presji mediów i kibiców, piłkarze zagrają na Euro 2012 lepiej niż potrafią. Ostatnim wielkim turniejem, przed którym wyspiarze nie uważali się za faworytów, był mundial w 1990 r. Drużyna Bobby’ego Robsona wybiegała wtedy półfinał. To największy sukcesów „Trzech Lwów” po mistrzostwie świata w 1966 r. O mundialu we Włoszech rok temu nakręcono film (tu trailer, całość znajdziecie na Youtube).



15:30, michal.szadkowski
Link Komentarze (2) »
czwartek, 28 kwietnia 2011

Przez 13 lat panowania nad światowym futbolem, z głowy Seppa Blattera wyleciało wiele reformatorskich pomysłów. Szwajcar, który wkrótce zostanie wybrany na trzecią kadencję, proponował, by zwiększyć bramki, zrezygnować ze spalonego, mecz podzielić na trzy tercje lub cztery kwarty, a kopiące piłkę kobiety odziać w bardziej obcisłe stroje.

Futbol jakoś tę nawałnicę inicjatyw przetrwał, żadna nie doczekała się choćby poważnej dyskusji, na całym świecie zastawiano się raczej nad kondycją fizyczną i psychiczną Blattera. Szwajcar dorobił się opinii działacza, który ma 50 pomysłów dziennie, z czego 51 złych.

Dwa lata temu spróbował jeszcze raz. Zaproponował, by w jedenastkach zespołów klubowych tylko pięć miejsc zajmowali obcokrajowcy. Nazwał ideę „zasadą 6+5”, szybko przekonał do niej towarzyszy z FIFA, którzy przyjęli ją przy pierwszej okazji. Ekspertów i prawników, którzy uznali 6+5 za niemożliwe do wprowadzenia nikt nie słuchał. Unia Europejska nie chciała słuchać FIFA, w Brukseli Blattera wyśmiano.

Przepis miał obowiązywać od sezonu 2010/11. Nie obowiązuje, w styczniu w meczu Blackburn- WBA zagrało 27 piłkarzy z 24 krajów i czterech kontynentów. To nowy rekord Premier League.

W czasie, gdy Blatter próbował zmienić prawo Unii Europejskiej, w Wietnamie nie oglądano się na przepisy.

Federacja, zaniepokojona stanem futbolu pozwoliła klubom zatrudniać tylko jednego naturalizowanego piłkarza. Przepis powszechny w koszykówce, został bodaj pierwszy raz (pewności nie mam, w Gwinei Równikowej łatwiej znaleźć piłkarza urodzonego w Lagos i Rio de Janeiro niż Malabo, więc może i tam wpadli na taki pomysł) zastosowany w futbolu. W ośmiu klubach ligi wietnamskiej (cztery radziły sobie bez) występowało dwunastu naturalizowanych zawodników.

Niełatwo ich rozpoznać, bo po uzyskaniu obywatelstwa musieli zmienić imiona i nazwiska. Bramkarz Dinh Hoang La urodził się na Ukrainie jako Mykoła Łytowka, obrońca Nguyen Hoang Helio to Brazylijczyk Helio da Silva, a napastnik Le Tostao w Zimbabwe jest znany jako Tostao Kwashi.

Przybysze z wietnamskim paszportem zaprotestowali, argumentowali, że mają takie same prawa jak inni obywatele. Zgodził się z nimi minister sprawiedliwości, który uznał przepis za niekonstytucyjny i zablokował jego wprowadzenie. Federacja skapitulowała. Chwilowo.

Po kilku miesiącach działacze zabronili selekcjonerowi Henrique Calisto powoływania do kadry naturalizowanych piłkarzy. Zakaz skodyfikowany nie został, więc władze państwowe były bezsilne.

Portugalski selekcjoner narzekał, że władze osłabiają mu drużynę. Tłumaczył, że rodzime talenty do sukcesów reprezentacji nie poprowadzą, a nadziei nie dają również juniorzy, bo kopania piłki uczą się w fatalnych warunkach, na boiskach przypominających pastwiska. Wypominał klubom Calisto wyrzucanie pieniędzy na piłkarzy, zamiast na infrastrukturę i szkolenie. Według niego reprezentację zajmującą 134. miejsce w rankingu FIFA mogą odmienić tylko przybysze. Dziś w lidze wietnamskiej pracuje już trzynastu naturalizowanych piłkarzy.

Federacja jest nieugięta. Nie zmieniła decyzji ani po nieudanych eliminacjach Pucharu Azji, ani po porażce w półfinale AFF Suzuki Cup z Malezją.

Calisto niedawno zrezygnował, a działacze zabrali się za poszukiwanie następcy. Z 40 kandydatów do ścisłego finału przedostało się pięciu fachowców. Dwóch Niemców, Portugalczyk, Francuz i Amerykanin, ofertę dostał też Bułgar Christo Stoiczkow. Specjaliści z Wietnamu według federacji „nie spełniali kryteriów”.

18:08, michal.szadkowski
Link Komentarze (3) »
środa, 27 kwietnia 2011

Arsenal mistrzostwa nie zdobędzie. Co roku wydaje się, że londyńczyków stać na tytuł, a na końcu słyszymy, że to młoda drużyna, która zaskoczy w następnym sezonie - mówił w sierpniu Jose Mourinho.

Nie mylił się. Choć w lutym Arsenal zapowiadał walkę o cztery trofea, dziś rywalizuje już tylko w lidze. Nie o mistrzostwo, a o miejsce na podium. Grozi mu nawet przedzieranie się do Ligi Mistrzów przez eliminacje. Od zdobycia Pucharu Anglii w 2005 r. londyńczycy startowali w 24 rozgrywkach i żadnych nie wygrali. Z dziesięciu najlepszych zespołów rankingu UEFA po Arsenalu najdłużej na puchar czeka Liverpool (5 lat). Pozostali w najgorszym razie ostatni triumf świętowali rok temu.

Trener Arsene Wenger winę za kolejny nieudany sezon wziął na siebie i zgodnie z przewidywaniami Mourinho usprawiedliwił piłkarzy brakiem doświadczenia.

Angielskie media powtórzyły, że Arsenal przegrywa puchary w lipcu, gdy rywale wybierają piłkarzy w futbolowych delikatesach, a Wenger szuka okazji w dyskontach. Namawiają francuskiego trenera do zmiany polityki. Uważają, że jeśli latem wygra bój o zawodników z Barceloną, Realem i Manchesterem City, pokona te drużyny na boisku.

Nie zauważyli, że tego, czego Arsenalowi brakuje kupić się da.

Kończący się sezon pokazał, że problemy ekipy z Emirates nie wynikają z braku doświadczenia i umiejętności, o jej porażkach nie decyduje styl gry - efektowny i ofensywny, ale ryzykancki. Arsenal tracił szanse na trofea, bo brakowało mu specjalistów od wygrywania.

Wenger od lat zaprasza do Londynu wybitnych piłkarzy, ale nie dorobił się ani jednego lidera. Samir Nasri do grudnia biegał po angielskich boiskach w stylu Cristiano Ronaldo, ale później biegać przestał. Cesc Fabregas zaczął sezon od flirtowania z Barceloną, a skończył na krytyce klubowej polityki. Grał najsłabiej od lat. Nikt już nie pamięta, że przywódcą kapeli z Londynu miał być Andriej Arszawin, nikt nie wierzy, że do trofeów poprowadzi klub Robin van Persie, któremu zdrowie pozwala na rozegranie 30 meczów w sezonie.

Gdy pod koniec sezonu trzeba było krzyknąć, że na Emirates wciąż wierzą w tytuł, krzyczał rozgrywający pierwszy sezon w dorosłym futbolu Wojciech Szczęsny. Gdy zespół grał słabo, zawodnicy patrzyli na innego gołowąsa Jacka Wilshere’a. Potraficie wskazać drugą drużynę, w której mobilizować kolegów próbują najmłodsi?

Szczęsny i Wilshere dają jednak kibicom nadzieję, obaj mogą stać się liderami Arsenalu. Pod warunkiem, że Wenger ich nie zepsuje.

Gdy w lutym londyńczycy mimo prowadzenia 4:0 zremisowali w Newcastle, a Francuz ogłosił, że jego zespół stracił punkty przez sędziego, szef działu sportowego „Timesa” Simon Barnes napisał, że niepowodzenia Arsenalu wynikają z zrzucania winy na innych.

„You can accept failure and seek to do it better next time or you can deny that you failed and then fail all over again.”

Wenger wyspecjalizował się w usprawiedliwianiu piłkarzy. Trudno znaleźć spotkanie, które według francuskiego trenera Arsenal przegrał, bo jego podwładni kopali piłkę gorzej od rywali. Bo ktoś zawiódł. Bo się pomylił. Jeśli londyńczycy tracą punkty, to tylko po skandalicznych decyzjach arbitra. Wypowiadany przez Wengera refren powtarzają piłkarze.

By dopaść trofeum, Arsenal nie potrzebuje wzmocnień. Nie musi rzucić kilkudziesięciu milionów funtów na Fábio Coentrão, Edena Hazarda, Javiera Pastore czy Edisona Cavaniego. Rewolucja powinna się zacząć od uświadomienia ludziom, którzy od lat nie potrafią wybiegać pucharu, że to także ich wina. Inaczej dobiją do trzydziestki w przekonaniu, że lepszych od nich nie ma. I bez trofeum.

00:32, michal.szadkowski
Link Komentarze (6) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45