Some people think football is a matter of life and death. I assure you, it s much more serious than that. Bill Shankly
środa, 26 stycznia 2011

Sevilla przed półfinałem Pucharu Hiszpanii z Realem. Narratorem Andrés Palop.

11:36, michal.szadkowski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 stycznia 2011

Manchester United i Blackpool różni wszystko. Pierwsi lata temu rozsiedli się w ścisłej europejskiej czołówce, regularnie kolekcjonują trofea, mierzą w kolejny triumf w Lidze Mistrzów. Drudzy kilka miesięcy temu spełnili marzenie i awansowali do Premier League, choć mieli bronić się przed spadkiem z drugiej ligi. Kibice nie stawiają przed drużyną celów, chcą tylko, by ich sen trwał jak najdłużej.

Przed sezonem przygotowywano ich na kilka miesięcy cierpienia, zastanawiano się, jak długo przyjdzie im czekać na pierwszego gola swojej drużyny, wątpiono, czy będą mogli się cieszyć choć z jednego zwycięstwa. Sukcesem Blackpool miało być uciułanie dwunastu punktów. Trzy lata temu Derby opuściło ligę z jedenastoma i zostało uznane za najgorszą drużynę, która przedarła się do Premier League. Nadziei nie dawał trener Ian Holloway, który po analizie umiejętności piłkarzy orzekł, że z tym składem miałby problemy z utrzymaniem w drugiej lidze. Zawodnicy siedzieli cicho, większość z nich Blackpool wybawiło od bezrobocia lub siedzenia na ławce w lepszych klubach. Za dziesięciu sprowadzonych latem zawodników beniaminek zapłacił w sumie 500 tys. funtów. Sytuacji nie poprawiał trener, który postanowił nie rezygnować z ofensywnego stylu gry. W II lidze mówił piłkarzom, by kopali piłkę jak Barcelona, latem zażyczył sobie stylu reprezentacji Hiszpanii.

Dziś koledzy Hollowaya zastanawiają się, czy zespół z Bloomfield Road wciąż prowadzi trener, czy czarodziej. Harry Redknapp nazwał go cudotwórcą, twierdzi, że żaden szkoleniowiec na świecie, wliczając Jose Mourinho, nie osiągnąłby z tymi piłkarzami więcej. Steve Bruce uważa trenera Blackpool za najlepszego w Premier League. Eksperci wyliczyli, że do utrzymania brakuje im już tylko dwunastu punktów.

MU przed sezonem uważano za jednego z kandydatów do mistrzostwa. Głównym była jednak Chelsea, wyżej oceniano również szanse Arsenalu. Argumentowano, że Alex Ferguson nie będzie w stanie jeszcze raz natchnąć drużyny, która w dwa lata straciła Cristiano Ronaldo i Carlosa Teveza. W poprzednim sezonie zespół ciągnął Wayne Rooney. Ostatnia supergwiazda z Old Trafford zawaliła jednak mundial, później zajmowała się tłumaczeniem z wizyt w burdelach przed żoną. Gdy Rooney zagroził odejściem do Manchesteru City, a poważnej kontuzji doznał wcześniej niezbędny Luis Valencia mistrzostwo wydawało się jeszcze mniej realne.

Do dziś ekipy z Old Trafford nikt jednak w lidze nie pokonał. Jeśli piłkarze Fergusona zwyciężą dziś w Blackpool, wypracują pięć punktów przewagi nad Arsenalem i aż dziesięć nad Chelsea. Fergusona również można uznać za cudotwórcę. W jego drużynie zawsze było miejsce dla pracusiów, którzy zwycięstwa wydzierają nie umiejętnościami, a sercem, ale takiego ich nagromadzenia nie widziano od dawna. Dziennikarze zastanawiają się, czy Szkot nie prowadzi do tytułu najgorszego zestawu piłkarzy, jaki zebrał na Old Trafford przez 24 lata pracy. Trudno znaleźć kibica, któremu podoba się styl MU, ale nie sposób odmówić zawodnikom w czerwonych koszulkach chęci zwyciężania.

Ferguson chce, by jego piłkarze wydarli dziewiętnaste mistrzostwo, dzięki któremu MU miałby ich więcej niż Liverpool.

Holloway, cieszy się małymi zwycięstwami, „The Reds” pokonał w lidze dwa razy. Dziś jego piłkarze spróbują osiągnąć to, co nie udało się w tym sezonie Tottenhamowi, Arsenalowi i Liverpoolowi.

01:04, michal.szadkowski
Link Komentarze (3) »
czwartek, 20 stycznia 2011

Cztery lata temu Michel Platini zbierał głosy w wyborach na szefa UEFA obietnicą wpuszczenia do Ligi Mistrzów małych i słabych. Wyważał otwarte drzwi, bo i bez niego do najbardziej prestiżowych rozgrywek w Europie przedzierały się kluby z Cypru i Białorusi. Dziś wiemy, że jego reforma najbardziej zaszkodziła europejskiej klasie średniej, która wybija się w eliminacjach lub trafia w nich na mocarzy. Belgijski Anderlecht przegrywa mecze o fazę grupową z serbskim Partizanem i francuskim Lyonem, szkocki Celtic z Arsenalem, a rosyjski Zenit z francuskim Auxerre.

Kilka miesięcy temu Platini upichcił kolejną reformę. Nazwaną Financial Fair Play, która ma przeciwdziałać „finansowemu dopingowi” - jak wyjaśniał szef UEFA. Francuz uznał również, że kluby trzeba chronić, bo wydają za dużo na transfery i pensje zawodników.

Od sezonu 2014/15 występujący w europejskich pucharach nie będą mogli wydawać więcej niż zarabiają. To uproszczenie, UEFA nie interesują np. koszty budowy stadionów, ani zarobki z „działalności pozasportowej”. Skupia się na pieniądzach wydanych na transfery i pensje, zarobkach z biletów, sprzedaży praw marketingowych i telewizyjnych, umowach sponsorskich, działalności komercyjnej i transferów.

Reforma ma wyeliminować dobrych wujków, którzy bez opamiętania ładują pieniądze w klub. Jeśli szejk Mansour bin Zayed Al Nahyan spróbuje obejść regulacje i zapłaci za reklamę na koszulkach Manchesteru City np. 10 miliardów funtów, specjalna komisja UEFA oceni, ile reklama powinna być warta, a potem wpisze wyznaczoną przez siebie sumę do zarobków klubu. Nie mam pojęcia, co zrobią działacze, jeśli Mansour namówi kumpla, szefa lidera ligi katarskiej, by kupił za 100 mln funtów Patricka Vieirę. Też oceni, że Francuz nie jest tyle wart? A jeśli właściciel wybuduje hotel przytulony do stadionu City, zażąda za dobę 1 milion funtów i sprowadzi do niego rodzinę? W FFP zyski z szeroko pojętej działalności stadionowej (restauracje, sale konferencyjne, hotele itp.) można zaliczyć do zarobków.

Załóżmy jednak, że kluby nie będą kombinować. Najlepsze i najbardziej medialne firmy wciąż będą zarabiały i wydawały najwięcej. Manchester United dostanie więcej pieniędzy za prawa telewizyjne od Evertonu, Bayern Monachium zarobi więcej na sprzedaży koszulek od Wolfsburga, a Real Madryt dostanie za tournee po Azji kilkanaście milionów euro. Valencii, Sevilli i Villarrealu nikt do Azji nie zaprosi.

W Hiszpanii przez reformę Platiniego każdy sezon będzie zaczynał się na meczu Barcelony z Realem, a kończył na spotkaniu Realu z Barceloną. Kilka razy pisaliśmy w „Gazecie” o nierównym podziale pieniędzy ze sprzedaży praw do transmisji meczów La Liga. Ambitne kluby próbowały niwelować różnicę dzięki pożyczkom i wsparciu właścicieli. W Villarreal zbudowano pięknie grający zespół, potrafiący rzucić wyzwanie Realowi na Santiago Bernabeu. Istnieniu klubu z przedmieść Valencii nie zagraża 180 mln euro długu, bo właścicielem jest potentat branży ceramicznej Fernando Roig Alfonso. Po wprowadzeniu reformy Villarreal będzie musiał sobie radzić bez jego pomocy i biorąc pod uwagę realia futbolowego biznesu, bój o pieniądze przegra nie tylko z Atletico i Valencią, ale także Espanyolem i Athletic Bilbao. Oczywiście te zespoły od Realu i Barcelony dzielić będzie przepaść.

Podobny los w Lidze Mistrzów czeka kluby rosyjskie, tureckie i greckie, które w ostatnich pięciu latach przebijały się do ćwierćfinałów tych rozgrywek. Sukces finansowały na kredyt, po reformie będą gospodarowały pieniędzmi zdecydowanie mniejszymi.

Duży wciąż będzie duży, mały na zawsze pozostanie mały, a średniemu zostanie odebrana szansa, by stać się dużym.

Działaczom pomysły Platiniego się jednak podobają. Cztery lata temu o prezydenturę UEFA musiał walczyć z Lennartem Johanssonem. Reelekcji może być pewien już dziś, bo w marcowych wyborach nie będzie miał nawet rywala.

14:31, michal.szadkowski
Link Komentarze (3) »
środa, 19 stycznia 2011

Trzy lata temu Rene Osei Kofi spełnił marzenie, dostał się do szkółki Ajaksu Amsterdam. Rok później podpisał zawodowy kontrakt. W pierwszej drużynie nie miał szans na grę, więc wypożyczono go do drugoligowego Almere City.

W listopadzie 18-letni Ghańczyk pokłócił się na treningu z kolegą Christianem Ghandu. Piłkarze wrzeszczeli na siebie w szatni, miotali przekleństwami, gdy dochodzili do samochodów. Osei Kofi otworzył drzwi, wyjął pistolet i wycelował go w Ghandu. Groził, że rozwali mu łeb. Gdy się uspokoił, Almere anulowało wypożyczenie, a Ajax wyrzucił z klubu.

O umiejętnościach i talencie Oseia Kofiego wiadomo niewiele, przed próbą zastrzelenia kolegi na zainteresowanie mediów nie zapracował.

W Anglii decyduje się przyszłość Ravela Morrisona, obwołanego cudownym dzieckiem i najzdolniejszym wychowankiem Manchesteru United od czasów Paula Scholesa i Ryana Giggsa. Dziennikarze utrzymują, że żaden nastolatek na Wyspach nie kopie piłki równie doskonale, wliczając Jacka Wilshere’a i Jacka Rodwella.

Urodzony w 1993 r. Morrison występuje w reprezentacjach juniorskich i rezerwach MU, jesienią zadebiutował w pierwszej drużynie.

Za dwa tygodnie może go jednak już na Old Trafford nie być.

Dokładnej analizy problemu nikt jeszcze nie przedstawił. Wiadomo, że klub regularnie karał Morrisona za łamie regulaminu, zachowanie w klubie i poza nim. Koledzy zarzucali mu obijanie się na treningach, szkoleniowcy wielokrotnie odsuwali od drużyny za lenistwo. Dwa lata temu brukowce donosiły, że został zatrzymany w samochodzie pełnym broni i narkotyków, ponoć koleguje się z członkami Gooch Close, gangu z manchesterskiej dzielnicy Longsight, w której się wychował.

Nie wiadomo, co teraz wywinął, ale ostatnio odsunięto go od rezerw. O jego przyszłości ma zdecydować Alex Ferguson.

16:40, michal.szadkowski
Link Komentarze (1) »
sobota, 15 stycznia 2011

Holenderski wizjoner namaścił nowych działaczy Ajaksu, zatrudniony niedawno trener Frank de Boer uważa go za swojego mistrza. Czy kibice doczekają się drużyny, której gra zadowoliłaby trzykrotnego zdobywcę Złotej Piłki?

W latach 90. zespół z Amsterdamu trzy razy dochodził do półfinału Ligi Mistrzów. W ostatniej dekadzie ledwie raz wyściubił nos poza fazę grupową, tylko dwa razy zdobył mistrzostwo. Działacze i dziennikarze poświęcili analizie upadku grube tomiszcza, ale ich wyjaśnienia zawsze zagłuszały kazania Cruyffa. Futbolowy katecheta, na którego przykazaniach wychowali się piłkarze dwóch najlepszych drużyn ostatnich lat, czyli Barcelony i reprezentacji Hiszpanii głosił, że Ajax stracił swoją duszę. Ludzi ją rozumiejących z Amsterdamu przepędzono, zastąpili ich brzuchaci finansiści i cyniczni działacze, którzy wpędzili klub w największy kryzys od 55 lat, gdy Ajax ledwie wybronił się przed spadkiem. Wtedy zatrudniono Rinusa Michelsa, teraz - uważał Cruyff - trzeba zaprosić do klubu ludzi, którzy wyznają wartości wpajane przez wielkiego trenera.

Holender biczował działaczy przez lata, ale ci jego religii przyjąć nie chcieli. Ba, coraz bardziej się od niej oddalali. Ostatnio zdecydowali się na model angielski, w którym za transfery odpowiadał trener Martin Jol.

Cruyff uważał, że byłego szkoleniowca Tottenhamu za kryzys obwiniać nie można, ale i jemu wytykał błędy. Jesienią narzekał, że Ajax nie jest w stanie sklecić akcji i oddać strzału, ustawienie bez skrzydłowych uznał za sprzeczne z klubową tradycją. Szkoleniowiec tłumaczył, że w klubie takich piłkarzy brakuje, a zakup nowego kosztowałoby 10 mln euro, których nie ma. Cruyff odpowiedział, że specjalistów od biegania po bokach boiska znajdzie tam gdzie jego wielcy poprzednicy - w szkółce i rezerwach.

W grudniu, po kilku słabych meczach, Jola zwolniono, prezydent Uri Coronel poprosił o radę klubową legendę i Ajax zaczął się zmieniać.

W wyborach do Rady Nadzorczej siedem z ośmiu miejsc zajęli byli piłkarze klubu, wskazani przez Cruyffa. Trenerem został Frank de Boer, który przyznaje, że patrzy na futbol oczami swojego nauczyciela.

Młody szkoleniowiec chce, by drużyna sprawiała kibicom radość. Obiecuje Ajax oparty na wychowankach, efektowny i zatracający się w ataku. O jego grze mają decydować skrzydłowi, ale zadania ofensywne dostaną nawet stoperzy.

Holenderskie gazety piszą, że w Ajaksie doszło do „aksamitnej rewolucji”, ale zaznaczają, że na przebudowanie klubu potrzeba lat i kolejnych ustępstw zarządu.

Na razie działacze odrzucili zmiany zaproponowane przez Radę Nadzorczą, zastanawiają się nad ściągnięciem do Amsterdamu Louisa van Gaala, który miałby zostać dyrektorem sportowym. Cruyff trenera Bayernu nie znosi, wolałby na tym stanowisku Danny’ego Blinda.

Johan Derksen, najbardziej wpływowy holenderski dziennikarz zajmujący się futbolem, już trzy lata temu pisał, że Ajax powinien Cruyffowi zaufać bezgranicznie: „Tylko on może uratować ten klub. Jeśli zawiedzie, będzie musiał się zamknąć. Ale, zapamiętajcie moje słowa, on nie zawiedzie”.

01:27, michal.szadkowski
Link Komentarze (4) »
czwartek, 13 stycznia 2011

Rafael van der Vaart z Tottenhamu opowiadał kilka tygodni temu, że trener Harry Redknapp nie zwykł korzystać z tablicy, służącej do objaśniania taktyki. Jose Mourinho w Porto, Chelsea i Interze zdarł pewnie kilka, więc w szatni Realu zainstalował elektroniczne cacko. W przerwie niedzielnego meczu z Villarreal, przy remisie 2:2, Portugalczyk ruszył do tablicy, by pokazać piłkarzom jaki ma pomysł na drugą połowę.
Chciał zmienić ustawienie 4-2-3-1 na ofensywne 3-4-3. Za obronę mieli odpowiadać Albiol, Carvalho i Ramos, wspierani przez Samiego Khedirę, który zastąpił Lassa.

Elektroniczna tablica zawiodła, mimo kilku prób nie udało się jej uruchomić. Trener Realu wyjaśnił więc zmiany rozstawiając na środku szatni butelki. Woda Solán de Cabras pokazywała ustawienie „Królewskich”, coca cola - rywali. „Marca” wyobraża sobie to tak:

W drugiej połowie Real strzelił dwa gole i pokonał trzeci zespół ligi 4:2.

Rafael van der Vaart z Tottenhamu opowiadał kilka tygodni temu, że trener Harry Redknapp nie zwykł korzystać z tablicy, służącej do objaśniania piłkarzom taktyki. Jose Mourinho zainstalował w szatni Realu elektroniczne cacko. W przerwie niedzielnego meczu z Villarreal, przy remisie 2:2 Portugalczyk ruszył do tablicy, by pokazać piłkarzom jaki ma pomysł na drugą połowę.

Chciał zmienić ustawienie 4-2-3-1 na 3-4-3. Za obronę mieli odpowiadać Albiol, Carvalho i Ramos, wspierani przez Samiego Khedirę, który zastąpił Lassa.
16:31, michal.szadkowski
Link Komentarze (2) »
środa, 12 stycznia 2011

Na Puchar Azji selekcjoner Gao Hongbo przywiózł najmłodszą reprezentację w historii. Zapowiada, że jego drużyna za trzy lata pojedzie na mundial do Brazylii. Zakwalifikowanie się na mistrzostwa świata to najmniejsze wyzwanie, jakie w najbliższych latach czeka chiński futbol

Kilka miesięcy temu płacący za prawa do transmisji ligi hiszpańskiej Chińczycy chcieli, by spotkania Barcelony i Realu rozpoczynały się wcześniej. Argumentowali, że kibic z Azji też spać musi, a rozgrywanie hitów o 22. oznacza dla niego pobudkę o 4. rano. Zaproponowali przeniesienie meczów hiszpańskich mocarzy na 16., kusili wynikami oglądalności angielskiej Premier League, której mecze śledzi średnio 30 mln widzów.

Dzięki transmisjom Ligi Mistrzów, najlepszych europejskich lig i mundialu, futbol wciąż jest najpopularniejszym sportem w najbardziej zaludnionym kraju świata. Ale swoich kopaczy tubylcy mają w nosie. Przez cały poprzedni sezon mecze ligi chińskiej obejrzało w sumie 180 mln widzów. Dwa lata temu telewizja CCTV przestała nawet pokazywać spotkania Chinese Super League, bo uznała, że piłkarzom brakuje profesjonalizmu. Rok później zrezygnowała z transmisji meczu reprezentacji z Japonią, a potem nie poinformowała widzów o wyniku, bo miała dość skandalu korupcyjnego.

Fachowcy twierdzą, że nieustawiony mecz to zjawisko w Chinach niemal niespotykane. Asystent trenera Qingdao opowiadał mediom, że pod koniec ligowego spotkania zadzwonił do niego siedzący na trybunach prezes. Szkoleniowiec sądził, że dostanie gratulacje, bo jego zespół wygrywał 3:0. Usłyszał od pryncypała, że bukmacherzy dobrze płacą za wynik 4:1, więc piłkarze mają wystarać się o jeszcze jednego gola, a potem wbić piłkę do własnej bramki. Trener przekazał piłkarzom polecenie, bo bał się, że straci premię. Prezes tłumaczył potem, że zawsze ustawiał spotkania, bo nikt ich nie ogląda. Czeka go najwyżej kilka lat więzienia.

Sędziom i obserwatorom za przyjmowanie łapówek grozi kara śmierci. Zanim zajęła się nimi policja, dostali szansę od federacji. Działacze zorganizowali zgrupowanie, na którym nieuczciwi sędziowie mogli przyznać się do winy i zwrócić pieniądze. Dwustu arbitrów utrzymywało, że z korupcją nie miało nic wspólnego.

Zaraza dotknęła także piłkarzy, kilkanaście miesięcy temu klub z Pekinu zwolnił prawego obrońcę Zhanga Shuai, gdy ten przyjechał na trening sportowym samochodem wartym 150 tys. dolarów, a kolegom chwalił się posiadłością wartą 1,5 mln dolarów. Działacze sprawdzili, ile mu płacą i wyrzucili. 28-letni Shuai zakończył karierę. W mediach piłkarze tłumaczą, że łatwo ich kupić, bo mało zarabiają, dużo płaci się tylko gwiazdom zza granicy.

Jeszcze niedawno, z łapówek za odpuszczane mecze, zawodnicy finansowali swój rozwój. Za powołanie do reprezentacji płacili 15 tys. dolarów, wejście z ławki rezerwowych kosztowało 18 tys. dolarów.

Wojnę korupcji wydał przywódca Chin Hu Jintao. W ostatnim roku aresztowano kilkudziesięciu piłkarzy, trenerów, sędziów i działaczy, dwie drużyny zdegradowano do drugiej ligi. - Jeśli nie powstrzymamy tej zarazy, nasz futbol umrze – straszył kilkanaście miesięcy temu Nan Yong, wiceprezydent chińskiej federacji. Dziś siedzi w areszcie, jest oskarżany o przyjmowanie łapówek.

Kilka lat temu za ostatnią drużynę, w którą Chińczycy wierzą, uchodziła reprezentacja. Mecze gospodarzy na Igrzyskach w Pekinie oglądało ponad 40 tys. widzów. Skończyło się na zdobytym punkcie, strzelonym golu, odpadnięciu po fazie grupowej i skandalu. Noc przed spotkaniem z Brazylią, trzech piłkarzy spędziło flirtując z grupką dziewczyn, poza bazą treningową. Jeden tłumaczył się, że poszedł wziąć kąpiel. W hotelu, w którym mieszkała reprezentacja nie odpowiadała mu temperatura wody.

Nadziei na szybkie zmiany nie widać, bo dzieci ze skorumpowanym futbolem nie chcą mieć nic wspólnego, a juniorskie reprezentacje odpadają w kwalifikacjach młodzieżowych turniejów. Po Igrzyskach Azjatyckich, na których Chiny odpadły w 1/8 finału, trenerem reprezentacji U-23 został Miroslav Blažević. 73-letni trener, który na mundialu we Francji zdobył z Chorwacją brązowy medal, ma awansować na Igrzyska w Londynie. Twierdzi, że talentu Chińczykom nie brakuje.

Selekcjoner Gao Hongbo do pierwszej reprezentacji zaprosił żółtodziobów, średnia wieku w kadrze na Puchar Azji w Katarze nie przekracza 24 lat. Wierzy, że jego kraj upora się z korupcją, zapowiada, że jego drużyna zakwalifikuje się, drugi raz w historii, na mundial. Mistrzostwa kontynentu Chińczycy zaczęli od zwycięstwa z Kuwejtem, jeśli dziś pokonają gospodarzy, będą bliscy awansu do 1/4 finału.

01:30, michal.szadkowski
Link Komentarze (6) »
wtorek, 11 stycznia 2011

Przez lata marzyli o reprezentacji, która odniesie sukces na wielkiej imprezie, doczekali się dwa lata temu. W lipcu, po mundialowym złocie, obwołali ją drużyną wszech czasów. Teraz czekają na artystę, który przywiezie im drugą Złotą Piłkę.

Jedynym hiszpańskim zdobywcą prestiżowej nagrody, jest rozgrywający Barcelony i Interu Luis Suárez, który w 1960 r. wyprzedził Ferenca Puskasa. Koszulkę „La Furia Roja” ubierał dwukrotny triumfator Alfredo Di Stéfano, ale on sam mówi, że Hiszpanem jest najwyżej 50-procentowym. Grał też w reprezentacji Kolumbii i Argentyny, urodził się w Buenos Aires, jego dziadkowie pochodzili z Argentyny, Włoch, Francji i Anglii, a z racji blond czupryny za młodu wołano na niego „El Alemán” (Niemiec).

Wychowankowie Realu i Barcelony próbowali zasłużyć na Złotą Piłkę popisami w klubach, ale gdy te odnosiły sukcesy, głosujący uznawali, że na nagrodę bardziej zasłużyli przybysze zza granicy. Od dwóch lat piłkarze w czerwonych koszulkach starają się przekonać wybierających triumfami w reprezentacji. Bezskutecznie. Nie udało im się także 47 lat temu, mimo hiszpańskiego mistrzostwa Europy nagrodę wziął Szkot Denis Law.

Ostatnie trzy lata w plebiscycie i tak były dla mistrzów Europy i świata wyjątkowe. Od 2008 r. aż czterech Hiszpanów dopchało się do pierwszej piątki. Wcześniej udało się to tylko Suarezowi, Amancio, Michelowi, Butragueño i Raulowi.

W książce „Morbo” wydanej przed sukcesami zespołów Aragonesa i del Bosque, autor zastanawia się, co z klęsk Hiszpanów w głosowaniach na „Złotą Piłkę” wynika. Może między Santander a Almerią, rodzili się piłkarze bardzo dobrzy, ale nie wybitni, więc nie ma się co dziwić, że reprezentacja przez lata zawodziła? A może przyczyn porażek trzeba szukać gdzieś indziej, a problemem piłkarzy jest to, że nie potrafią się sprzedać i przekonać głosujących?

Na mundialu w RPA żaden z mistrzów świata nie wybił się nad kolegów. Gdyby Złotą Piłkę przyznawano na zgrupowaniu kadry del Bosque, wygrałby pewnie Iker Casillas. Lider drużyny w głosowaniu dziennikarzy, trenerów i piłkarzy nie miał jednak szans, bo w klubie zdarzały mu się błędy. Gole Davida Villi doprowadziły reprezentację do półfinału MŚ, ale dwie ostatnie bramki zdobywali inni. Jedną z nich, najważniejszą, bo dającą złoto, Iniesta, który przez pierwsze pół roku bardziej niż z rywalami walczył z kontuzją.

Bohaterem mundialu nie został również Xavi, choć w klubie i kadrze prezentował się doskonale. Od kilkunastu miesięcy, dwa razy w tygodniu, banda statystyków zdziera klawiatury, by policzyć wszystkie podania eleganckiego rozgrywającego. Inni przetrząsają archiwa, by sprawdzić, kiedy ostatni raz stracił piłkę. Dopóki nie znajdą, musimy zaufać Aleksowi Fergusonowi, który utrzymuje, że nigdy coś takiego się nie wydarzyło.

Być może Xaviemu zabrakło efektownego wybuchu, ważnego gola na mundialu lub w Lidze Mistrzów, zapadającego w pamięć jak trafienie w listopadowym Gran Derbi, które odbyło się już po zakończeniu głosowania. Być może nie miał szans, bo w klubie biega przed nim Argentyńczyk mogący zakończyć dyskusję o wyższości Pele nad Maradoną.

Najgorsze dla pragnących „Złotej Piłki” Hiszpanów jest to, że w Realu tubylca, który mógłby wygrać plebiscyt za rok, dojrzeć nie sposób. W Barcelonie wciąż gra Messi. Co trudniej sobie wyobrazić? Zwycięstwo Katalończyków w LM bez udziału Argentyńczyka, czy to, że Barca LM wygrywa i „Złotą Piłkę” zgarnia ktoś inny?

00:28, michal.szadkowski
Link Komentarze (6) »
środa, 01 grudnia 2010

W czwartek FIFA wybierze gospodarzy mundiali w 2018 i 2022 r. O pierwszy starają się Rosja, Anglia, Hiszpania z Portugalią oraz Belgia z Holandią. O drugi Australia, USA, Japonia, Korea Południowa i Katar.

Głosowanie zostanie podzielone na tury, za każdym razem odpadnie najsłabsza kandydatura. Nie wiadomo ile głosów będzie potrzebnych do zwycięstwa, bo zacny i sędziwy (średnia wieku przekracza 60) Komitet Wykonawczy FIFA nie dotrwał do wyborów w komplecie. Dwóch jego członków próbowało swoją władzę spieniężyć i zostało usuniętych. Jeśli FIFA zdecyduje się jednego z nich zastąpić (rozmowy trwają) gospodarza MŚ wybierze 23 działaczy, a do zwycięstwa będzie potrzebne 12 głosów. Głosowanie w 22, oznacza, że w razie remisu, zdecyduje głos szefa FIFA Seppa Blattera.

Większość głosujących twierdzi, że wybrała już swojego faworyta. Doświadczeni w przekonywaniu twierdzą jednak, że przekonywanie trwa do ostatniej chwili, a najlepiej i najskuteczniej przekonuje się w późnych godzinach nocnych. Kto wcześnie pójdzie spać, na zwycięstwo nie ma żadnych szans.

Upraszczacze twierdzą, że Hiszpania z Portugalią i Katar uciułały osiem głosów i wymienią się nimi w głosowaniach. O zmowie w FIFA huczy od miesięcy, ostatecznym potwierdzeniem jest karteczka wysłana pod ławką na poprzednim posiedzeniu Komitetu Wykonawczego. Hiszpan Angel Maria Villar miał nabazgrać Katarczykowi Mohamedowi Bin Hammamowi: „Congratulations, vamos a ganar”, czyli „Gratulacje, wygramy”.

Na 100 procent wiadomo, że kandydaturę z Półwyspu Iberyjskiego poprze Ameryka Południowa. Zagłosuje na nią szef tamtejszej federacji, 82-letni senior komitetu, Nicolas Leoz, oskarżany przez BBC o korupcję. Razem z nim rękę podniesie Ricardo Teixeira, kolejny bohater programu w brytyjskiej telewizji i Julio Grondona. 79-letni Argentyńczyk nazywany jest „Ojcem chrzestnym południowoamerykańskiego futbolu” i nie ma w tym wiele przesady. Argentyńskim związkiem rządzi od 1979 r., choć nie jest zbyt lubiany i często zdarzają mu się wpadki. Kilka lat temu w telewizji wyznał:

„I do not believe a Jew can ever be a referee at that level (Argentine Premier League) because it’s hard work and, you know, Jews don’t like hard work”

Ci, którzy wierzą w nocne rozmowy, największą skuteczność w przemierzeniu hotelowych pokoi wieszczą Witalijowi Mutce, rosyjskiemu ministrowi sportu i kumplowi Władimira Putina (do Genewy nie przyleciał, jedni twierdzą, że jest pewien zwycięstwa drudzy, że porażki). Kilka lat temu ówczesny prezydent Rosji ogłosił, że jeśli Mutko wygra wybory na szefa rosyjskiej federacji piłkarskiej, rząd da więcej pieniędzy na futbol. Mutko wygrał, FIFA ingerencji władz państwowych w działalność federacji nie dostrzegła. Gdy Putin został premierem, zaprosił towarzysza do rządu, a ten dał się poznać jako wielbiciel wystawnych śniadań, przez trzy tygodnie na Igrzyskach w Vancouver najważniejszy posiłek dnia jadł 97 razy.

Anglicy, którzy ponoć zrezygnowali z alternatywnych sposobów przekonywania głosujących (tak zeznawali działacze FIFA przebranym dziennikarzom „Sunday Timesa”, zaznaczając, że obniża to angielskie szanse) próbują się ratować uśmiechem Davida Beckhama, umiejętnościami dyplomatycznymi premiera Davida Camerona i taktem księcia Williama. Cel jest jeden: sprawić, by w czwartek w dobrym humorze obudził się Jack Warner. Bez trzech głosów Concacaf o organizacji MŚ nie mają co marzyć, a Warner to szef tej organizacji i jeden najpotężniejszych ludzi w światowym futbolu. W Komitecie Wykonawczym pracuje 27 lat, Sepp Blatter wybaczył mu wszystko, nawet korupcję przy sprzedaży biletów na mundial. Warner ponoć jest fanem Anglików, ale jego sympatię na próbę wystawiają wścibscy dziennikarze z Wysp, ujawniający korupcyjne wyczyny działaczy FIFA.

Według bukmacherów faworytami do organizacji MŚ w 2018 są Rosjanie (1,73 euro za jednego postawionego) przed Anglikami (3) oraz Portugalią i Hiszpanią (4,5). Belgowie i Holendrzy praktycznie nie mają szans (34). Największe szanse na MŚ w 2022 ma Katar (1,57), przed Australią (3) i USA (6,5). Ale przecież od głosowania dzielą nas dwie noce…

01:43, michal.szadkowski
Link Komentarze (4) »
środa, 29 września 2010

Polscy siatkarze zaczynają w czwartek II rundę MŚ. Zagrają z Brazylią, a dzień później z Bułgarią. W sobotę mistrzowie i trzecia drużyna świata zmierzą się ze sobą, znając dorobek Polaków. Mogą kombinować i wyrzucić nas z mundialu.

Co jasne - nie będą mieli takiej szansy, jeśli drużyna Daniela Castellaniego wygra oba mecze. Ale Polska może zapewnić sobie awans także przy zwycięstwie i porażce. Przy równej liczbie zwycięstw o kolejności w grupie nie decyduje stosunek setów, lecz stosunek tzw. małych punktów.

Dlatego, Polsce do awansu wystarczy zwycięstwo z Brazylią oraz porażka z Bułgarią, pod warunkiem, że w pierwszym meczu zdobędzie więcej małych punktów niż rywal, a w drugim przynajmniej tyle samo.

Jak często zdarza się, że zespół, który przegrywa, zdobywa tyle samo lub więcej małych punktów od zwycięzcy? Na trzech mundialach rozgrywanych w XXI w. było dziesięć takich przypadków.

Mundial 2010

Kuba - Brazylia 3:2 (34:32, 18:25, 23:25, 25:21, 15:12). W sumie: 115:115

Mundial 2006

Portoryko - Argentyna 3:2 (19:25, 34:32, 28:26, 21:25, 15:13). W sumie: 117:121.

Tunezja - Korea Południowa 3:2 (25:22, 24:26, 17:25, 28:26, 15:13). W sumie: 109:112

Polska- Rosja 3:2 (19:25, 19:25, 25:22, 25:20, 15:11). W sumie: 103:103

Argentyna - Kanada 2:3 (25:19, 25:18, 21:25, 20:25, 13:15. W sumie: 104:102

Portoryko - Tunezja 2:3 (40:38, 26:28, 25:16, 22:25, 11:15. W sumie: 124:122

Germany - USA 2:3 (28:30, 25:15, 26:24, 24:26, 13:15). W sumie: 116:110

USA - Kanada 3:2 (25:21, 24:26, 12:25, 25:21, 15:9). W sumie: 101:102

Mundial 2002

Francja - Bułgaria 3:2 (25:23, 22:25, 25:22, 17:25, 17:15). W sumie: 106:110

Holandia - Czechy 3:2 (15:25, 27:25, 25:19, 25:27, 15:11). W sumie: 107:107

Polacy na wielkiej imprezie* zdobyli więcej małych punktów od rywala w przegranym meczu trzy lata temu, na ME w Rosji.

Polska - Bułgaria 2:3 (20:25, 25:16, 24:26, 25:21, 13:15). W sumie: 107:103

Najgorszy z możliwych scenariuszy (oprócz dwóch porażek, oczywiście) jest taki, że Polacy wygrywają i przegrywają, ale w obu meczach zdobywają mniej małych punktów niż rywale. Kiedy ostatni raz Polacy zwyciężyli w meczu na wielkiej imprezie, ale zdobyli mniej małych punktów? W wygranym finale ubiegłorocznych mistrzostw Europy...

Polska - Francja 3:1 (29:27, 25:21, 16:25, 26:24). W sumie: 96:97

...i na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie

Polska - Rosja 3:2 (17:25, 26:24, 24:26, 25:23, 15:12). W sumie: 107:110

*mistrzostwa świata, mistrzostwa Europy, Igrzyska Olimpijskie

12:55, michal.szadkowski
Link Komentarze (6) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45