Some people think football is a matter of life and death. I assure you, it s much more serious than that. Bill Shankly

Ktoś nam zepsuł te igrzyska

wtorek, 25 sierpnia 2009

Trzy lata temu działacze angielskiej federacji (FA) piłkarskiej objeżdżali stadiony, na których zespół Steve’a McClarena miał walczyć o punkty eliminacji mistrzostwo Europy 2008. Gdy dojechali do Andory okazało się, że rywale chcą zorganizować spotkanie na mogącym pomieścić 1,2 tys. widzów Estadi Comunal d'Aixovall. Na tak małym stadionie angielski związek dostałby ok. 150 biletów dla swoich kibiców. Ciut mało, biorąc pod uwagę, że w oficjalnym klubie kibica reprezentacji zarejestrowało się i opłaciło składkę ok. 25 tys. ludzi.

Spotkanie ostatecznie rozegrano na mogącym pomieścić 55 tys. widzów stadionie Espanyolu. Ale małe stadiony są zmorą działaczy FA. W 2003 r. na mecz z Liechtensteinem dostali 900 wejściówek. Dostali je najwierniejsi kibice Anglików.

PZPN mógł sprzedać na mecz ze Słowenią 426 biletów. Z wolnej sprzedaży zrezygnował, w praktyce bilety mogą kupować tylko działacze lub ich rodziny. Władze związku tłumaczą że, po pierwsze biletów mało, a po drugie, mają dość płacenia kar za chuligańskie wybryki.

Wygląda na to, że każdy fan reprezentacji Polski, który chciał się wybrać do Mariboru, nie dostanie takiej możliwości, przez bandytów, którzy przyjechali na spotkania ze Słowacją i Irlandią Północną, by bić się z policją i odpalać racę. A dokładniej: dlatego, że PZPN nie potrafi stworzyć systemu, dzięki któremu bandyci odczepiliby się od polskiej kadry.

Cała operacja jest prosta, wymaga trochę chęci i pomysłu. Przed chwilą przekilkałem się przez formularz kandydata do oficjalnego fanklubu reprezentacji Anglii. Zaznaczyłem, że interesuje mnie pakiet pozwalający kupować bilety na mecze wyjazdowe. By się zarejestrować, poza podstawowymi danymi (imię, nazwisko, data urodzenia, itp.) podać musiałem numer i termin ważności paszportu, pochodzenie etniczne, klub, któremu kibicuję, oświadczyć, czy jestem posiadaczem karnetu na jego mecze oraz odpowiedzieć na dwa pytania. W pierwszym FA interesowało, czy w ostatnich latach, gdziekolwiek na świecie byłem ukarany za zakłócanie porządku. W drugim, czy kiedykolwiek zostałem ukarany za czyny z pierwszego pytania lub dostałem zakaz klubowy w Zjednoczonym Królestwie. Ci, którzy twierdząco odpowiadają na pytanie pierwsze, szans na dostanie się klubu kibica nie mają. FA ostrzega, że policja i tak nas sprawdzi. Jeśli okaże się, że kłamaliśmy, stracimy 70 funtów składki, które musi zapłacić każdy chętny.

Załóżmy, że zapłaciłem. Co dostanę w zamian (oprócz ekskluzywnych konkursów, zniżek na gadżety itp.)? Na pewno kupię bilet na wrześniowy mecz z Chorwacją na Wembley. Na wejściówkę na spotkanie z Ukrainą szansę mam niewielkie. Na stadion w Dniepropetrowsku wchodzi 31 tys. widzów, FA dostała więc 3,1 tys. biletów, a chętnych jest kilka razy więcej. Wejściówki najpierw dostaną kibice z najdłuższym stażem i największą ilością wyjazdów. Mało prawdopodobne, by aż tylu zrezygnowało z wycieczki na Ukrainę, bym miał możliwość kupna biletu. Proste?

Zadziwiające, że nikt w PZPN nie pomyśli, ile profitów miałby związek z wprowadzenia takiego systemu. Tylko dzięki spisaniu kibiców zyskałby olbrzymią bazę danych, dla sponsorów bezcenną. Zniknęłyby też liczone w setki tysięcy franków szwajcarskich kary za rozróby.

Zyskaliby też normalni fani, zakochani w najpopularniejszej drużynie piłkarskiej w Polsce, stanowiący największy kapitał związku. Kapitał niewykorzystany przez nieudolność działaczy, którzy zamiast dopieszczać, wrzucają ich do worka z chuliganami, a na kluczowy mecz eliminacji mundialu wolą wysłać kolegów i ich znajomych.

Czy Polska pokona Słowenię? Postaw w bwin.com. Zarejestruj sie i zgarnij bonus!

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Legia Warszawa przegrała z Odrą Wodzisław i po czterech kolejkach traci do prowadzącej Wisły już pięć punktów. Trener Jan Urban w wywiadzie dla Gazety Stołecznej mówi, że w niedzielę jego piłkarzom zabrakło umiejętności.

Trudno tę diagnozę nazwać odkrywczą, bo po zakończeniu poprzedniego sezonu Urban mówił, że z tym składem na mistrzostwo nie miał szans. Równie ciężko wykazać, by Legia zrobiła cokolwiek przez ostanie cztery miesiące, by Urban dostał piłkarzy, z którymi mógłby wywalczyć tytuł.

W czerwcu prezes Leszek Miklas i Mirosław Trzeciak ogłosili, że szukają napastnika, prawego obrońcy i lewego pomocnika. Gdy podpisano umowę z Marcinem Mięcielem, Trzeciak ogłosił, że priorytetem klubu jest sprowadzenie środkowego obrońcy. Choć sytuacja się nie zmieniła, w drużynie nie pojawił się nowy prawy defensor i superszybki skrzydłowy, żadna tajemnicza choroba nie zaatakowała też środkowych obrońców.

Brak konsekwencji i planu towarzyszy Legii od lat. Rok temu wydawało się, że pomysł na budowanie składu oprze się na znajomościach dyrektora sportowego i trenera w Hiszpanii. Po fatalnych transferach Arru, Descargi i Tito ze sprowadzania posiłków z rezerw klubów La Liga zrezygnowano.

Innej koncepcji nie było. Niewiele wyszło z podróży skauta Marka Jóźwiaka po Europie, całą aktywność transferową skupiono na polskiej lidze. Miejscu, w którym zakupy Legii w ostatnich latach przypominały bezmyślną łapankę. Tylko w ostatnich 12 miesiącach sprowadzono Marcina Komorowskiego, Krzysztofa Ostrowskiego i Tomasza Jarzębowskiego. Trójka, która kosztowała 1,3 mln zł (ponad 300 tys. euro) w tym roku zagrała w ekstraklasie 22 mecze. Za szalejącego dziś po boiskach Młodej Ekstraklasy Pancze Kubewa rok temu dano 200 tys. euro.

Odpowiedzialnego za te katastrofy oczywiście nie ma. Teoretycznie o transferach decydują Miklas, Trzeciak, Kibu i Urban, ale ile waży głos każdego z nich, nie wiemy. Urban od tygodni mówi, że chce mieć więcej do powiedzenia przy zakupach piłkarzy, choć trudno sobie wyobrazić, by wbrew jemu sprowadzono pół autokaru tych, których w ostatnich latach zawiedli. Trudno też uwierzyć, by bez jego wiedzy wydano ponad 1 mln euro na Macieja Iwańskiego i Piotra Gizę. Żaden z nich nie nadaje się na lidera, żaden dzięki grze w Legii nie stał się gwiazdą ekstraklasy.

Efekt jest taki, że po trzech latach pracy Trzeciaka i Urbana, Legia nadal nie ma kręgosłupa, wokół którego można budować drużynę. I najprawdopodobniej w najbliższych latach niewiele się zmieni, bo do zajęcia drugiego miejsca w ekstraklasie wiele nie potrzeba.

Ale jeśli trener, drużyny marzącej o podboju europejskich pucharów, po meczu z Odrą stwierdza, że jego piłkarzom zabrakło umiejętności niewiele brakuje do wniosku, że budowę wielkiej Legii trzeba zacząć od początku.

Kto będzie mistrzem Polski? Postaw w bwin.com. Zarejestruj sie i zgarnij bonus!

czwartek, 20 sierpnia 2009

Arka Gdynia została ukarana przez Komisję Ligi ośmioma tys. złotych grzywny za "rażące naruszenie przepisów PZPN w zakresie zasad przyjmowania kibiców gości" w meczu z Legią Warszawa (0:1). Organizatorzy wpuścili 160 kibiców Legii na sektor gospodarzy. Oczywiście bez żadnej kontroli, łamiąc regulaminy PZPN i polskie prawo.

Wielokrotnie pisaliśmy w „Gazecie”, że na polskich stadionach niemal w każdej kolejce kpi się z przepisów. Teoretycznie kibice jadący na mecz wyjazdowy powinni przy zakupie biletów zostawić wszystkie dane w swoim klubie. Inaczej nie mają prawa dostać się na mecz. W praktyce często do wejścia na stadion wystarczy dogadanie się z stowarzyszeniem kibiców gospodarzy, które bez problemu przekona działaczy, by wpuścili przyjezdnych na trybuny. W Gdyni legionistów usadowiono na sektorze rodzinnym.

Wielokrotnie pisaliśmy też, że kary za łamanie regulaminów są śmieszne i nikogo nie odstraszają. Osiem tys. zł, które ma zapłacić Arka znów zakrawa na kpinę. Kluby dostały jasny komunikat: nadal mogą regulaminy olewać, bo ewentualnej kary nawet nie odczują. Zresztą, z tego co wiem, często na grzywny zrzucają się stowarzyszenia kibiców.

Wrzód można szybko przeciąć. Skoro kluby nie są zainteresowane, powinna się tym zająć Komisja Ligi.

Ale najpierw musiałaby uznać, że notoryczne łamanie prawa na polskich stadionach szkodzi polskiej piłce bardziej niż nieodpowiednie koszulki czy nieprzygotowana murawa. W poprzednim sezonie wyżej od winy Arki wyceniła błąd Polonii Bytom, która dostała 20 tys. zł kary za „rażące naruszenia Regulaminu Strojów Meczowych w spotkaniu 11. kolejki Ekstraklasy Piast Gliwice – Polonia Bytom", (bo nie zabrała odpowiedniego kompletu strojów), Lechii Gdańsk, Polonii Bytom i Cracovii, które zapłaciły 15 tys. zł „w związku z zaniedbaniami organizacyjnymi podczas meczów 15. kolejki Ekstraklasy" (chodziło o zalegający na boisku śnieg).

Kto będzie mistrzem Polski? Postaw w bwin.com. Zarejestruj sie i zgarnij bonus!

wtorek, 04 sierpnia 2009

Piotr Dziurowicz, korupcja, PZPN, wywiad

(kliknij na obrazek, aby powiększyć)

Dziś mijają cztery lata od publikacji wywiadu (a dokładniej drugiej jego części) z Piotrem Dziurowiczem. Były prezes GKS ujawnił w nim skalę korupcji w polskim futbolu. Jedyny z autorów wywiadu, który prowadzi bloga, powiedział mi, że na czwartą rocznicę nie szykuje. Dlatego linkuję tekst, który powinien być dołączany do każdego wydawnictwa traktującego o polskim futbolu w latach 1920-2005.

Wywiad z Piotrem Dziurowiczem część 1

Wywiad z Piotrem Dziurowiczem część 2

Komentarz Andrzeja Olejniczaka

Paweł Czado wspomina jak doszło do rozmowy

Kto będzie mistrzem Polski? Postaw w bwin.com. Zarejestruj sie i zgarnij bonus!

poniedziałek, 03 sierpnia 2009

Ledwie jedna kolejka ekstraklasy wystarczyła, by prezes Polonii Warszawa Józef Wojciechowski groził trenerowi Jackowi Grembockiemu zwolnieniem. - Z Henrykiem Apostelem [dyrektor sportowy Polonii] i Michałem Listkiewiczem zastanowimy się, co robić. Ale zapis w kontrakcie z Jackiem Grembockim jest jasny: dwie porażki i remis w kolejnych trzech meczach i rozwiązujemy umowę – powiedział Wojciechowski Olgierdowi Kwiatkowskiemu.

Kontrakt rzecz święta, pomysł reformatorski, postanowiłem więc poszukać przykładów błędów prezesów największych klubów, którzy mimo dwóch porażek i remisu w trzech kolejnych meczach nie wysłali szkoleniowców na bezrobocie.

Nieudacznikiem okazał się Joan Laporta, który po porażce z Wisłą Kraków i Numancią oraz remisie z Santander, w trzech pierwszych meczach poprzedniego sezonu, pozwolił Josepowi Guardioli doprowadzić Barcelonę do potrójnej korony. Ba, po drodze niedoświadczony trener zaliczył jeszcze jedną taką serię, przegrywając w lidze z Espanyolem i Atletico oraz remisując w LM z Lyonem.

Niewiele o futbolu wie także prezes Arsenalu, Peter Hill-Wood. W 2004 r. jego Arsenal zaliczył remis z Manchesterem United w lidze, porażkę z MU w Pucharze Anglii i porażkę w Lidze Mistrzów z Chelsea. Arsene Wenger zwolniony nie został i z drużyną „Invincibles” dokończył sezon bez porażki w lidze.

Podobny błąd popełnił Silvio Berlusconi. Dwa lata temu, jego Milan w lidze zremisował z Empoli, przegrał z Romą i w LM z AEK Ateny. Carlo Ancelotti posadę zachował i skończył sezon z Pucharem Mistrzów.

Nie chcę powiedzieć, że jeśli Grembocki zostanie, poprowadzi Polonię do sukcesów, ani że punkt zdobyty w trzech meczach pomaga w jego odniesieniu. Chodzi o zapis w kontrakcie. Kompromitujący dla trenera, bo się pod nim podpisał i prezesa, który prawdopodobnie to kuriozum wymyślił. W czwartek trener Polonii może wylecieć na zbity pysk po meczu dobrym (NAC Breda u siebie), beznadziejnym (Korona) i załóżmy, średnim (NAC Breda na wyjeździe), ale zakończonym remisem.

Kto będzie mistrzem Polski? Postaw w bwin.com. Zarejestruj sie i zgarnij bonus!

czwartek, 23 lipca 2009

Wisła Kraków, Levadia, Liga Mistrzów, tulipany

Gdyby Wisła Kraków funkcjonowała w innym otoczeniu, klęskę w Tallinie można by zanalizować w sposób standardowy. Prezes Bogusław Cupiał od lat drużynę osłabiał, chętnie sprzedawał piłkarzy za miliony, ale na następców rzadko wydawał setki tysięcy. Tolerował nieudolnego dyrektora sportowego Jacka Bednarza, za to dla odnoszącego sukcesy Macieja Skorży pismo z dymisją trzymał w najwyższej szufladzie biurka od podpisania z nim kontraktu.

Porażki z Estończykami nie da się jednak wytłumaczyć skąpstwem Cupiała czy pomyłkami Bednarza. Zawiódł trener, który przed meczami z Estończykami popełnił bodaj największy błąd w karierze. Zajechał piłkarzy, nie potrafił przygotować ich do starcia ze sporo słabszym rywalem.

Kłopot w tym, że środowisko, w którym egzystuje Wisła nie sposób nazwać idealnym. Na wysypisku nie da się urządzić plantacji tulipanów. Wszystko co na nim wyrośnie zostanie skażone odpadkami, tak jak Wisła skażona jest problemami polskiego futbolu.

Istnieje bowiem zależność między stosunkiem piłkarskich władz i sponsorów do korupcji, a porażką w Tallinie. Zbrukaniem systemu licencyjnego, a błędem Mariusza Pawełka. Indolencją wydziału szkolenia, który nie potrafi wyegzekwować, by wszystkie mecze juniorów odbywały się na boiskach trawiastych, a nieskutecznością Ćwielonga. Tolerancją klubów dla rządów kiboli i błędem Mariusza Jopa, po którym Wisła straciła gola w Sosnowcu. Składem zarządu PZPN, a problemami Wisły z prawym obrońcą.

W takim otoczeniu każde proste kopnięcie piłki przez piłkarza polskiej drużyny, powinno uznawać się za przypadek, a każdy wyrwany punkt w rozgrywkach międzynarodowych tłumaczyć gigantycznym szczęściem. Dzięki umiejętnemu zawijaniu coraz bardziej śmierdzącego produktu w coraz bardziej błyszczący papierek trzymają się nas jednak złudzenia. Znikają wieczorami takimi, jak ten. Znalezienie winnych porażki Wisły wielkich trudności nie przysparza, ale prawdziwych problemów nie rozwiązuje.

Krakowski klub przechodzi rewolucję średnio raz na dwa lata, ale dystans do Ligi Mistrzów wcale się nie zmniejsza. Inne kluby, także skażone zarazą, stać na coraz mniej. Jeszcze 15 lat temu mistrz Polski wygrywał z najlepszą drużyną Anglii, 10 lat temu przegrywał dopiero z mistrzem Włoch, 5 lat temu nie dał rady mistrzowi Grecji, dziś poległ z najlepszą drużyną Estonii. Dlatego nie ma powodu, by wierzyć, że za lat 5 zwycięzca ekstraklasy, nie zakończy udziału w europejskich pucharach na zespole z San Marino.

 Czy Wisła Kraków obroni mistrzostwo Polski? Postaw w bwin.com. Zarejestruj sie i zgarnij bonus!

wtorek, 21 lipca 2009

Komisja odwoławcza nie zajęła się we wtorek sprawą licencji dla ŁKS. Łodzianie zaczną sezon w I lidze. Podobno decyzja jest ostateczna. Podobno, bo jak powiedział mi jeden z członków komisji, w jego mniemaniu nieodwołalny wyrok zapadł już 28 maja. Wtedy zakończył się proces licencyjny dla klubów ekstraklasy na następny sezon. Według regulaminów komisja nic więcej zrobić nie może. Klub odwołał się do sądu administracyjnego, który zadecyduje, czy decyzja komisji jest prawidłowa. Jeśli przyzna rację ŁKS, proces przyznawania licencji łodzianom zacznie się od początku.

Dlatego, niezależnie od decyzji sądu, przez dwa miesiące obserwowaliśmy próby zgwałcenia komisji i zakpienia z i tak skompromitowanego, systemu licencyjnego.

Poprzednia ekipa rządząca polską piłką rozdawała licencje niczym ulotki przy wejściu do metra. Choć wierzycieli niektórych klubów trudno byłoby upchnąć w stodole, każdy licencję dostawał. Rok temu, na zakończenie służby polskiej piłce w starym, dobrym stylu przyznano ją Polonii Bytom.

Właśnie dlatego ŁKS krzyczy dziś tak głośno. PZPN przyzwyczaił, że własne regulaminy traktuje jak chiński rząd Powszechną Deklarację Praw Człowieka. Spory rozdział w historii łamania przepisów, na straży, których powinien stać, dopisuje Grzegorz Lato, naciskając na komisję, by zachowała się po staremu. Wyrzuciła podręcznik licencyjny przez okno i nielegalnie przyznała ŁKS prawo do gry w Ekstraklasie. W mniemaniu władz PZPN dopiero wtedy pokazałaby, że dobro polskiej piłki nie jest jej obojętne.

Szturmował Lato komisję z zarządem, szturmował z komisją ds. nagłych. Determinacja prezesa w gotowości do brukania paragrafów doprowadziła do tego, że wiceprezydent Łodzi prosi dziś o ubezwłasnowolnienie komisji odwoławczej i nadanie licencji przez zarząd.

Komisja ugiąć się nie ma zamiaru. Jeśli wytrwa, okaże się meteorkiem profesjonalizmu w galaktyce ludzi stających na głowie, by polski futbol coraz bardziej oddalał się od europejskiego. Na chwilę. Władze PZPN nie zaryzykują ponownego starcia z wrogim, nierozumiejącym realiów związku, ciałem. Nie postawiłbym złotówki, że pozwolą dotrwać komisji w niezmienionym składzie do lipca przyszłego roku.

Czy Wisła Kraków awansuje do fazy grupowej Ligi Mistrzów? Postaw w bwin.com. Zarejestruj sie i zgarnij bonus!

środa, 10 czerwca 2009

Wisła Kraków szuka stadionu, na którym mogłaby rozgrywać mecze w eliminacjach i, być może, fazie grupowej Ligi Mistrzów. Szanse na znalezienie obiektu w Polsce ma małe, bo w każdym klubie, do którego się zgłasza, więcej do powiedzenia od tzw. władz mają kibole.

Działacze ich słuchają choć na tym tracą. Za wynajęcie stadionu Zagłębie Lubin i Korona Kielce dostałby od Wisły pieniądze. Szefowie Zagłębia pokornie spełniają zachcianki kiboli, choć jeszcze w połowie kwietnia, prezes Paweł Jeż opuszczał trybuny w asyście ochrony.

Kolejny raz okazuje się, że polska piłka z profesjonalną nie ma nic wspólnego. Kluby z Lubina i Kielc mogą być bogate, mogą wybudować piękne stadiony i sprowadzić dobrych piłkarzy. Co z tego, skoro niektore decyzje zamiast fachowców podejmuje żyjąca prymitywną nienawiścią banda.

Na tle klubów cywilizowanych wyglądają jak bar szybkiej obsługi, którego kucharz przed podaniem zapiekanki drapie się po brzuchu, przy trzygwiazdkowej restauracji z Czerwonego Przewodnika Michelin.

W Polsce udało się stworzyć ileś firm działających na profesjonalnych zasadach. Przez 20 lat Polacy nauczyli się robić komercyjną telewizję, zarządzać firmami telekomunikacyjnymi, a większość klubów piłkarskich nadal działa na zasadach wziętych z buszu.

Prawdziwi kibice woleliby pewnie, aby w kasie ich klubów było więcej pieniędzy niż mniej. Tym różnią się od kiboli, że życzą swojemu zespołowi jak najlepiej. Dlaczego w takim razie działacze stają po stronie tych drugich? I nie potrafią zrozumieć, że tolerowanie kiboli jest z każdego punktu widzenia nieopłacalne?

Kto wygra baraże o Ekstraklasę? Postaw w bwin.com. Zarejestruj sie i zgarnij bonus

piątek, 29 maja 2009

„PZPN jest powołany do tego by rozwijać polską piłkę, a nie ją niszczyć. To wynika ze statutu. Pomagamy klubom i nie będziemy ich niszczyć."

To zdanie jednego z najważniejszych działaczy związku z czasów Michała Listkiewicza. Próbował mi wytłumaczyć, dlaczego PZPN tak często nagina przepisy przy przyznawaniu licencji na grę w Ekstraklasie.

Od lat proces licencyjny jest farsą. W związku są przekonani, że wyrzucenie z ligi klubu zadłużonego, z rozpadającym się stadionem i zgniłą szatnią jest działaniem na szkodę polskiej piłki.

Dlatego z komisjami przyznającymi licencje można się dogadać, umówić, coś im obiecać. W ostateczności, tak jak rok temu w przypadku Polonii Bytom czy teraz z ŁKS złamać prawo.

Z każdą taką decyzją polska piłka robi się coraz gorsza. Zakochani w prowizorkach działacze klubowi wiedzą, że choćby osiągnęli szczyty nieudolności, związek krzywdy im nie zrobi.

Zdychający klub przetrwa, dzięki pieniądzom z Canal +. Nikt nie myśli, by zainwestować w pracę z młodzieżą, pobudować boiska treningowe itd.

Polskie przepisy licencyjne, choć zatwierdzone przez UEFA, nie stawiają przed klubami nadzwyczajnych wyzwań. Gdyby PZPN zależało na futbolu, powinien wymagać dużo więcej. Licencje dostałoby z 10 klubów, ale takich, którym chodzi o coś więcej niż przetrwanie. W Ekstraklasie zabrakłoby dziwacznych tworów, które nic do niej nie wnoszą pod względem sportowym, ale za to pojawiłaby się nadzieja na profesjonalizm. Profesjonalizm, który dzięki wysiłkom działaczy od wielu lat trzyma z dala od polskiego futbolu.

Kto utrzyma się w Ekstraklasie? Postaw w bwin.com. Zarejestruj sie i zgarnij bonus 

piątek, 15 maja 2009

W środę prezes UEFA Michel Platini ogłosił, że cztery polskie miasta zorganizują mistrzostwa Europy. Turniej kolorowy i radosny, który w jednym miejscu i czasie gromadzi fantastycznych kibiców z całego kontynentu. Fani od Portugalii po Turcję przyjadą do Polski, by na pięknych, nowych stadionach oglądać piłkarzy z samego futbolowego szczytu.

Dziś polski futbol został sprowadzony na ziemię. W błocie utytłali go, uważający się za kibiców, bandyci, którzy sterroryzowali piłkarzy Górnika Zabrze.

Za kibiców uważa ich także Jędrzej Jędrych. Prezes Górnika widząc jak jego pracownicy są zastraszani zamiast wezwać policję, zajął się usprawiedliwianiem chuliganów. - Nie doszłoby do tego zdarzenia, gdyby nie postawa piłkarzy – mówił.

Czy Jędrych pomyślał, że i do niego może wpaść banda osiłków? Domagać się zwolnienia trenera, i sprowadzenia piłkarza, którego akurat lubią, albo wywalenia tego, za którym nie przepadają? Zmusić do ubrania koszulki z napisem „Prezes też musi zapierdalać”? Czy wtedy też tłumaczyłby, „że kibice reagują, jak potrafią”? Czy taka wizyta „wpłynęłaby na niego pozytywnie?”

Ludzie, którzy przyszli dziś na trening zabrzan mają tyle wspólnego z kibicami ile Jędrych z szefem wielkiej firmy, jaką chce być Górnik.

Prezes ma wątpliwości do uczciwości piłkarzy? Może pojechać do Wrocławia i zgłosić to prokuratorom. Jeśli uważa, że jego gracze nie przykładają się do pracy, niech leniuchów wyrzuci z klubu.

Jędrych woli, by piłkarzy motywowali chuligani. Tak, by gracze z Zabrza po wyjściu na boisko bardziej niż o meczu myśleli, co im zrobią bandyci, gdy stracą piłkę. Tym sposobem prezes zmniejszył szansę Górnika na utrzymanie. I zwiększył dystans dzielący go od klubu zarządzanego w cywilizowany sposób.

 Kto spadnie z Ekstraklasy? Postaw w bwin.com. Zarejestruj sie i zgarnij bonus!  

 
1 , 2 , 3 , 4