Some people think football is a matter of life and death. I assure you, it s much more serious than that. Bill Shankly
czwartek, 08 marca 2012

Na taki wieczór zanosiło od 8. minuty meczu z Atletico Madryt, gdy Argentyńczyk dostał żółtą kartkę, która wyeliminowała go ze spotkania ze Sportingiem Gijon. Messi pojechał na zgrupowanie reprezentacji, strzelił trzy gole Szwajcarii i dostał od Pepa Guardioli dwa dni wolnego. Wcześniej potrafił przekonać trenera, by ten wypuścił go na boisko, nawet, gdy nie było to konieczne. Tym razem nic zdziałać nie mógł, na futbolowym głodzie oglądał mecz kolegów z outsiderem ligi, a gdy w końcu zagrał, pięć razy pokonał bramkarza Bayeru Leverkusen, co w Pucharze Europy nie zdarzyło się od 1979 r. W 1/8 finału tylu goli nie strzelił nikt.

Wszystkich rekordów, które pobił i pobije napastnik Barcelony wymienić się nie da, sprawdziłem więc, jakie są szanse, że kiedyś stanie się najczęściej trafiającym do bramki przedstawicielem naszego gatunku.

Problem w tym, że trudno ustalić, ile goli strzelili konkurenci. RSSSF podaje, że najlepszy był Josef Bican, który trafił 805 razy lub więcej (trafiał przed, w trakcie i po II wojnie). Drugie miejsce zajmuje Romario (772), potem Pelé (767), Ferenc Puskás (746, ale może więcej) i Gerd Müller (735). Ta statystyka wydaje się najbliższa prawdy, bo zlicza wyłącznie gole z meczów oficjalnych. Zainteresowanym się ona jednak nie podoba, wolą doliczać także trafienia ze sparingów, meczów juniorów itd. W efekcie Pele utrzymuje, że zdobył 1284 bramki, a Bicanowi naliczono ich aż 1468.

Przy takich zasadach Messi wielkich szans nie ma, bo Barcelona towarzysko kopie bardzo rzadko, a Bican między 1937 a 1948 r. zagrał w Slavii Praga 153 sparingi i strzelił 298 goli.

Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę tylko mecze oficjalne, osiągnięcie Bicana trudno będzie Messiemu pobić. Do dziś zagrał w Barcelonie 311 meczów i strzelił 228 goli. Średnio 0,73 gola na mecz. Przez osiem lat od debiutu w pierwszej drużynie średnio występuje 39 razy w sezonie. Obie są zaniżone, przez pierwsze sezony, gdy grał i trafiał rzadziej. Zakładam jednak, że nie uda mu się utrzymać skuteczności z ostatnich lat (średnio prawie gol na mecz) do końca kariery.

Jeśli przez następną dekadę będzie grał średnio 39 meczów na sezon i strzelał średnio 0,73 gola, zdobędzie 286 bramek. W sumie będzie ich miał 514.

W 67 meczach w reprezentacji trafił 22 razy. Średnia: 0,32 gola na mecz. Jeśli przez następne 10 lat będzie średnio występował w niej 10 razy w roku, zdobędzie 32 bramki. W sumie będzie ich miał 54.

Do 568 goli doliczmy 13 z reprezentacji U-20 i olimpijskiej oraz 11 z Barcelony B i C. 592 trafienia dawałyby mu w tabelce RSSSF szóste miejsce za Müllerem (735), a przed Ferencem Deákiem (576).

Diego Maradonę wyprzedzi już niedługo. Największy z największych w klubach i kadrze trafił 345 razy.

czwartek, 09 lutego 2012

Był wybawicielem, przybywał z lepszego piłkarskiego świata, jego wywiady - porozumiewał się w obcym języku - brzmiały jak kazania. Ale kibice chcieli go słuchać, a piłkarze mu uwierzyli. Choć na wielkich turniejach nie uchodzili za faworytów, przekonywali, że jeśli nie z nim i nie teraz, to już nigdy. Gdy kończyło się jak zwykle, wybawiciel zamieniał się w nieudacznika. Wytykano mu, że nie nauczył się języka, nie potrafił dotrzeć do piłkarzy i wymyślić taktyki, dzięki której drużyna wybiegałaby sukces. Kibice nie chcieli już słuchać jego kazań, a podwładni przestali mu wierzyć.

Leo Beenhakker przeszedł taką drogę w Polsce, Fabio Capello - w Anglii. Efekt jest ten sam - od zakończonego klęską mundialu w RPA zmęczeni współpracą ze szkoleniowcem działacze i eksperci twierdzili, że jego następcą musi być Anglik.

Harry Redknapp, choć nie ma tylu sukcesów w lidze angielskiej, co Franciszek Smuda w polskiej, zapracował na podobne poparcie mediów i kibiców. Głosów sprzeciwu nie słychać i pewnie niewiele by się ich pojawiło, nawet gdyby jutro Jose Mourinho ogłosił, że chciałby przejąć angielską reprezentację.

Jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, Redknapp dostanie wymarzoną pracę.

W najgorszym możliwym momencie.

Nie tylko dlatego, że po drużynie Capello Anglicy niczego się już nie spodziewali, a od ekipy Redknappa będą wymagali na Euro 2012 medalu. Nie tylko dlatego, że drużynę będzie musiał sklecić ekspresowo.

Przez ostatnie lata powołanie do reprezentacji wywoływało u angielskiego piłkarza ból głowy i problemy z żołądkiem.

Jamie Carragher opowiadał, że zawodnicy boją się grać w kadrze, bo po jednym błędzie są masakrowani. - W klubie nigdy nie będziesz tak krytykowany, poza tym następny mecz grasz za kilka dni. Gdy pomylisz się w reprezentacji, możesz czekać na występ miesiącami - mówił obrońca Liverpoolu.

Gary Neville również pisał, że reprezentanci Anglii są przestraszeni, a przyjeżdżanie na zgrupowania nazwał „straszną stratą czasu”.

Paul Scholes narzekał, że drużyna jest podzielona, a piłkarze ze słabszych klubów nie myślą o sukcesie reprezentacji. Zależy im tylko na wypromowaniu się i transferze do lepszego zespołu.

Carragher i Scholes, by nie przeżywać przykrych chwil, z reprezentacji zrezygnowali. W ostatnich latach odmówili także Wayne Bridge, Wes Brown, Luke Young, Ben Foster i Paul Robinson. Trudno o drugą reprezentację w Europie, z którą tak wielu piłkarzy nie chce mieć nic wspólnego.

To największe wyzwanie Redknappa - zbudować drużynę i sprawić, by podwładni przestali się bać przyjazdu na zgrupowanie. Anonimowy zawodnik, piszący felietony w Guardianie, twierdzi, że dziś gra w angielskiej kadrze przypomina seks z królową. Honor to wielki, ale radości niewiele.

niedziela, 29 stycznia 2012

Po dziadku ze strony ojca odziedziczył włoskie nazwisko, matka ma brazylijskie korzenie. Futbolu uczył się w Kenii, jego właścicielem jest klub angielski, ale w tym sezonie 19-letni Szwed walczy o tytuł króla strzelców ligi holenderskiej. - To fenomen - mówi trener Feyenoordu Ronald Koeman.

Choć pierwszego hat-tricka w seniorskiej karierze Guidetti strzelił już miesiąc temu, dopiero w niedzielę usłyszała o nim Europa. W „De Klassieker” znów trafił trzy razy, a Feyenoord pokonał Ajax 4:2. W sumie zdobył w tym sezonie 14 bramek (w 13 meczach), do prowadzącego w klasyfikacji strzelców Basa Dosta traci trzy gole.

Do Manchesteru City Guidettiego sprowadził cztery lata temu Sven Goran Eriksson. Młody Szwed regularnie trafiał w juniorach i rezerwach, ostatni sezon skończył z 13 golami w 17 meczach. W maju jego ojciec i agent zażądał, by za przedłużenie kontraktu klub zapłacił synowi 10 tys. funtów. Działacze odmówił, a piłkarz podpisał umowę z Twente. Wtedy o sprawie dowiedział się trener Roberto Mancini i nakazał go odkupić. Klub z Enschede zgodził się, ale za 1 mln funtów.

Włoski trener zabrał go na letnie tournee, a Guidetti strzelił gola w sparingu z Vancouver Whitecaps. - Może być naszym piątym, albo czwartym napastnikiem. Dostanie szansę - obiecywał Mancini. W ostatnim dniu letniego okna transferowego odesłał jednak Szweda do Rotterdamu.

Ojciec Guidettiego był nauczycielem w szwedzkiej szkole w Nairobi. Mały John po zajęciach w szkółce Ligi Ndogo, biegał za piłką z dzieciakami ze slumsów. - Dzieci z bogatych rodzin grały słabo. Te biedniejsze biegały bez butów, ale potrafiły grać w piłkę. Kupiliśmy im buty i koszulki, stworzyliśmy drużynę. Czasami siadałem na ławce, bo w zespole było mnóstwo starszych chłopców, ale treningi z nimi bardzo mi pomogły - opowiada Guidetti. Jego trener z Nairobi wspomina, że inne dzieci kopały piłkę dla zabawy, a Szwed podchodził do futbolu bardzo poważnie. - Ale wszyscy go lubili. Chłopcy cieszyli się, że mogą grać z „mzungu” [tak w Kenii nazywa się Europejczyków] - mówi Ibra Bikalo Musambia.

Od roku Guidetti występuje w młodzieżowej reprezentacji Szwecji, po niedzielnym hat-tricku dziennik „Aftonbladet” napisał, że selekcjoner Erik Hamrén nie może go dłużej ignorować. Napastnik Feyenoordu może zadebiutować w jego drużynie 29 lutego, w sparingu z Chorwacją. Ostatnim przed ogłoszeniem kadry na Euro 2012. 

czwartek, 26 stycznia 2012

Czasami w życiu jest tak, że biedny jest szczęśliwszy od bogatego - filozofuje Carlos Pouso, trener sensacyjnego półfinalisty Pucharu Hiszpanii. Maleńkiemu trzecioligowcowi kibicuje cały kraj

W środę Pablo Infante, magister zarządzania Uniwersytetu w Burgos, przejechał samochodem 50 km i o 7 rano otworzył bank. Kilka godzin wcześniej zdobył swoją siódmą bramkę w krajowym pucharze. Jest najlepszym strzelcem rozgrywek, w których niegdyś najczęściej trafiali: Leo Messi, Raul, Ronaldo i Diego Maradona.

- Rywalizowanie z obrońcami jest łatwiejsze od zarządzania bankiem, nawet tak małym jak mój - mówi 30-letni napastnik, który rocznie przejeżdża 45 tys. kilometrów. - Mnóstwo czasu zajmują mi dojazdy z domu do banku, a potem na trening. Ale to, że mam pracę, przy takim kryzysie ekonomicznym jest przywilejem - mówi Infante.

Tydzień temu wsiadł do samochodu w środku nocy. Czekała go 600-kilometrowa podróż z Barcelony, humor miał podły. Wcześniej Mirandés prowadziło na stadionie Espanyolu 2:0, ale w cztery minuty straciło trzy gole. Wydawało się, że sen klubiku z Burgos się skończył. I tak trwał niespodziewanie długo, trzecioligowiec pierwszy mecz w pucharze zagrał w sierpniu (najpotężniejsi zaczęli w grudniu), w drodze do Barcelony pobił pierwszoligowe Villarreal i Racing Santander. W rewanżu na wypełnionym sześciotysięcznym Estadio de Anduva przegrywał 0:1. Wyrównującego gola strzelił Infante, w doliczonym czasie awans zapewnił César Caneda. I zaczęła się fiesta.

- Znalazłem się w odpowiednim miejscu i czasie. Mamy randkę z historią, o której będę opowiadał wnukom - mówił trener Pouso, który nie nadąża z udzielaniem wywiadów.
- Biegaliśmy, walczyliśmy i pracowaliśmy razem. Dziękuję wszystkim Hiszpanom za wsparcie - mówił Infante.

Gratulacje składali na Facebooku i Twitterze piłkarze największych klubów. „To niesamowite. Jak wielki jest futbol! - pisał stoper Barcelony Gerard Pique. „Co za mecz, osiągnęli historyczny sukces - emocjonował się pomocnik Chelsea Juan Mata, a Henok Goitom z Almerii zapowiedział, że otworzy konto w banku zarządzanym przez Infante, bo wszystko, czego ten dotyka, zamienia się w złoto. „Klub z Miranda de Ebro ma miejsce w sercach wszystkich Hiszpanów” - pisał „As”. „Marca” nazwała piłkarzy półamatorskiego zespołu „Superherosami”, którzy „zachwycili kraj pasją, zaangażowaniem, skromnością i radością”.

Mirandés ma 1,2 mln euro rocznego budżetu, większość 85-letniej historii spędziło w III lidze. W tym sezonie prowadzi i jest faworytem. W poprzednim - awans przegrało dopiero w finale baraży. Infante dzień przed decydującym meczem miał ślub. Na weselu zjadł lekki posiłek i poszedł spać.

We wtorek jego klub jako drugi trzecioligowiec w historii dobił do półfinału krajowego pucharu. O finał zagra z Athletic Bilbao. Infante marzy o finale z Barceloną.

Bohater Mirandés od lat odrzucał oferty z lepszych klubów, bo zależało mu na pracy w banku. Teraz zainteresowanie nim jest jeszcze większe, ale Infante zapowiada, że zostanie, by spełnić marzenie kibiców i awansować do II ligi. - Mój synek powiedział mi we wtorek, że powinienem kupić Pablo, bo to świetny piłkarz - opowiadał trener Valencii Unai Emery.

A otoczony kibicami Infante mówił we wtorek, że choć za kilka godzin musi iść do pracy, najpierw pójdzie świętować.

piątek, 20 stycznia 2012

Ronaldinho

Środowy mecz z boliwijskim Realem Potosi w Copa Libertadores może być ostatnim Brazylijczyka we Flamengo.

W poprzednim sezonie Ronaldinho strzelił 21 goli (ostatni raz tak skuteczny był w Barcelonie), trafił także w reprezentacji, marzył o mundialu w 2014 r. Władzom Flamenego nie przeszkadzało, że 30-letni gwiazdor nie zmienił przyzwyczajeń. Regularnie organizował balangi, kupił dyskotekę naprzeciwko swojej rezydencji i chciał połączyć oba budynki tunelem.

Cierpliwość trenera Vanderleia Luxemburgo wyczerpała się kilka dni temu. Na początku przygotowań do sezonu gwiazdor nie przychodził na poranne treningi, tłumaczył się bezsennością. Na zgrupowaniu zapraszał do pokoju kobiety, choć szkoleniowiec stanowczo tego zabraniał. Luxemburgo pokazał zarządowi klubu zapis wideo z hotelowych kamer i postawił ultimatum: albo odejdzie piłkarz, albo on. Wtedy do prezes Patricii Amorim poszedł Ronaldinho. I powiedział, że zostanie w Rio de Janeiro tylko, jeśli Luxemburgo zostanie zwolniony. Amorim zapewniła go, że poszuka nowego trenera.

Wciąż jednak nie wiadomo, czy Ronaldinho zostanie, bo od pięciu miesięcy nie dostaje pensji. Z płatności nie wywiązuje się sponsorująca Flamengo firma marketingowa Traffic, która odpowiada za 75 proc. zarobków piłkarza. Zaległości przekroczyły już 2 mln dolarów, pieniędzy nie dostają też inni zawodnicy. Obrońca Alex Silva odmówił wyjazdu do Boliwii, rozgrywający Thiago Neves podpisał kontrakt z Fluminense.

Roberto Assis Moreira, brat i agent Ronaldinho, twierdzi, że jeśli zaległości nie zostaną uregulowane, znajdzie mu inny klub. Zainteresowane są podobno kluby brazylijskie, hiszpańskie i włoskie.

środa, 11 stycznia 2012

Nigeria, Puchar Narodów Afryki

W latach 90. Nigeryjczycy dwa razy grali w fazie pucharowej mundialu, zdobyli złote medale Pucharu Narodów Afryki i igrzysk olimpijskich. W tym roku na mistrzostwa kontynentu i turniej do Londynu w ogóle nie pojadą.

Dziennikarze piszą, że futbol wciąż jest traktowany w Nigerii jak religia. Dzieciaki kochają piłkę kopać i oglądać. Na ulicach Abudży nie sposób jednak dostrzec chłopców ubranych w stroje najlepszych krajowych zespołów. Łatwiej spotkać dziecko noszące koszulki Manchesteru United i Chelsea. Popularność rodzimej ligi wyrżnęła o dno, bo punkty zdobywa się w niej dzięki wpływom politycznym i korumpowaniu sędziów. Mało kto potrafi się też połapać, kiedy ich drużyna zacznie sezon i kiedy go skończy; ile drużyn zagra w pierwszej lidze i ile z niej spadnie. Start poprzednich rozgrywek zaplanowano na 25 września 2010 r., a piłkarze wybiegli na boisko dwa miesiące później. Rundę rewanżową zaczęto zgodnie z planem, ale skończono z sześciotygodniowym opóźnieniem. Mistrza wyłaniano rok, bo dyskutowano o regulaminie, bo działacze nie mogli dogadać się z sędziami, bo kilka kolejek przełożono z powodu wyborów.

Młodzi Nigeryjczycy wolą oglądać angielską Premier League. Jeśli jednak zamarzy im się kariera Johna Obiego Mikela czy Petera Odemwingie, napotkają na kłopoty. Blisko 170-milionowy kraj doczekał się tylko jednego trenera z licencją UEFA Pro - Sunday’a Oliseha, byłego piłkarza Borussii Dortmund i Juventusu. O certyfikat Afrykańskiej Federacji Piłkarskiej (CAF) nie postarał się nikt. Kluby nie dbają o kształcenie szkoleniowców, bo brakuje im pieniędzy. W innych krajach dużą częścią budżetów piłkarskich firm są pieniądze ze sprzedaży praw do transmisji telewizyjnych. W Nigerii handlują nimi władze ligi i zyski zatrzymują dla siebie.

Nawet gdyby młody piłkarz chciał trenować sam, nie ma gdzie. W ostatniej dekadzie na budowę boisk FIFA przekazała nigeryjskiemu związkowi 2,5 mln dol. Pieniądze zagarnęli nieuczciwi działacze.

Dzieciaki nie odpuszczają, ale gdy osiągną wiek juniora, czeka ich kolejny zawód. Nigeria jest potęgą w młodzieżowym futbolu - do finału mundialu siedemnastolatków dobijała sześć razy. Więcej niż Brazylia. Siedemnastolatek na powołanie do reprezentacji szanse ma jednak niewielkie, bo działacze mimo badań kości i groźby dyskwalifikacji wciąż nie zrezygnowali z podbijania juniorskich imprez piłkarzami zbliżającymi się do trzydziestki. Tuż przed ostatnimi mistrzostwami Afryki dwudziestolatków trenerzy zrezygnowali z Macksona Ojobo i Gomo Onduku. Oficjalnie z „powodów technicznych”. Według prasy działacze przestraszyli się, że za wysłanie starszych piłkarzy reprezentacja wyleci z turnieju. Prasa wspomina, że w 2007 r. na mistrzostwa świata siedemnastolatków wysłano bramkarza, który trzy lata wcześniej wziął ślub i wychowywał trójkę dzieci. Naprawdę urodził się w 1979 r. Inny tłumaczył dziennikarzom, że w krajowej lidze regularnie występował już jako dwunastolatek.

Uczciwi piłkarze przetrwają, ale później będzie jeszcze trudniej. Na powołanie do seniorskiej reprezentacji nie da się bowiem zapracować tylko świetną grą. Kilka miejsc w kadrze zajmują ulubieńcy działaczy, selekcjoner Lars Lagerbäck opowiadał, że na mundial w RPA wepchnięto mu Yakubu, Danny’ego Shittu i Nwankwo Kanu. Do reprezentacji można się też dostać dzięki łapówkom. Miejsce w kadrze na mistrzostwa świata w 2002 r. trenerzy wycenili na 10 tys. dolarów, za wyjście na boisko w sparingu trzeba zapłacić 500 dol.

Efekt jest taki, że w plebiscycie na najlepszego piłkarza kontynentu Nigeryjczyk ostatni raz wdrapał się na podium siedem lat temu, reprezentacja na zwycięstwo w seniorskich MŚ czeka 13 lat, w 2012 r. zabraknie jej w mistrzostwach kontynentu pierwszy raz od 25 lat. Nazywana „Dream Teamem V” drużyna nie pojedzie też na igrzyskach w Londynie. Przydomek zawdzięcza zespołowi, który w 1996 r. zdobył złoty medal w Atlancie. I to naprawdę był „Dream Team”. Piłkarze Anderlechtu (Babayaro), Ajaksu (Kanu), Sportingu Lizbona (Amunike), Eintrachtu (Okocha) i Monaco (Ikpeba) w półfinale pobili Brazylię (z Ronaldo, Rivaldo, Bebeto i Roberto Carlosem), w finale Argentynę (z Zanettim, Ayalą, Crespo i Simeone). Przed mundialem w 1998 r. „Super Orły” uważano za jedną z najlepszych drużyn na świecie. Co się zmieniło? Prezes związku Alhaji Aminu Maigari, który problemy próbuje rozwiązać tworzeniem antykryzysowych komisji, uważa, że piłkarzom bardziej niż na reprezentacji zależy na klubach. Domaga się od zawodników oddania i patriotyzmu.

Dziennikarze tłumaczą, że 20 lat temu w nigeryjskiej piłce brakowało pieniędzy. Po sukcesach futbol przyciągał ludzi, którzy chcieli na nim wzbogacić. Aż w końcu kurę znoszącą złote jajka zarżnęli.

poniedziałek, 09 stycznia 2012

Była 12. minuta derbów Manchesteru, gdy stoper City sfaulował Naniego (tutaj dłuższy filmik) i wyleciał z boiska. Trener Roberto Mancini wściekł się na sędziego Chrisa Foya, City zapowiedziało, że odwoła się od decyzji i jest pewne wygranej.

Zadzwoniłem do Rafała Rostkowskiego, sędziego międzynarodowego, mającego w dorobku 110 meczów reprezentacji narodowych i w europejskich pucharach:

Czerwona kartka to odważna i bardzo dobra decyzja sędziego, całkowicie zgodna z tym, czego od sędziów oczekuje Pierluigi Collina, szef Komisji Sędziowskiej UEFA. Vincent Kompany atakował dwiema nogami z korkami skierowanymi w rywala, ryzykując jego zdrowie. Nie ma znaczenia, że nie trafił w nogi Naniego. Sędziowie mogą karać także za niebezpieczne zagrania, gdy nie dochodzi do kontaktu z przeciwnikiem, i pokazać czerwoną kartkę nawet w sytuacji, gdy zawodnik trafia w piłkę. Kompany mógł spowodować poważną kontuzję Naniego.

Czerwonych kartek pokazanych w takich sytuacjach może być coraz więcej, bo w zawodowych ligach, gdzie za piłkarzy płaci się miliony, wszystkim zależy na ich zdrowiu. Sędziowie są zmuszani, by karać zagrania, które mogą narazić przeciwnika na poważną kontuzję, a kluby na milionowe straty. Proszą o to kluby, ligi i związki zawodowe piłkarzy.

Jeśli piłkarz nie chce być w ten sposób karany, nie może grać w sposób niebezpieczny dla przeciwnika. Jeśli ryzykuje - tak jak Kompany - musi liczyć się z tym, że może zostać usunięty z boiska.

piątek, 06 stycznia 2012

Gwinea Równikowa, Puchar Narodów Afryki

Będą najsłabszą drużyną na mistrzostwach kontynentu, których - pierwszy raz - są współgospodarzami. Przez ostatnie lata w obawie przed kompromitacją rozdawali paszporty na prawo i lewo, ich trener na pewno dobrej drużyny już nie zbuduje.

- Nasza reprezentacja ma nie tylko grać atrakcyjnie, ale także wygrać Puchar Narodów Afryki. Mamy takie same możliwości jak wszyscy inni - mówił rok temu prezydent Gwinei Równikowej Teodoro Obiang Nguema Mbasogo. Rządzący krajem od 32 lat tyran argumentował, że w 2008 r. kraj organizował kobiece mistrzostwa Afryki i turniej wygrał (sukces był wielki, bo na dziewięć edycji w ośmiu triumfowały Nigeryjki. Później okazało się, że w reprezentacji Gwinei Równikowej biegają także mężczyźni).

Męska drużyna zajmuje jednak 150. miejsce w rankingu FIFA (18 miejsc za Liechtensteinem), nigdy nie zakwalifikowała się na mistrzostwa kontynentu, o mundialu nie wspominając. Na rozpoczynającym się 21 stycznia PNA Gwinea Równikowa zagra, bo razem z Gabonem, turniej organizuje.

Do sukcesu reprezentację ledwie 500-tysięcznego kraiku miał doprowadzić Henri Michel, który na mundialu w 1986 r. zdobył z Francją brązowy medal, w 2006 r. pojechał na mistrzostwa świata z Wybrzeżem Kości Słoniowej, w klubach i reprezentacjach pracuje od 30 lat. Taką szatnią jak w Gwinei Równikowej nie zarządzał jednak nigdy.

Od połowy poprzedniej dekady działacze z Malabo starają się bowiem poprawić wyniki reprezentacji dzięki naturalizacji piłkarzy, którzy z krajem nie mają nic wspólnego. Na pomysł wpadł Brazylijczyk Antônio Dumas, który zaprosił do reprezentacji pół tuzina rodaków. Dziś obcokrajowców w kadrze Gwinei Równikowej trudno już zliczyć. Czerwoną koszulkę zakładali Ghańczyk, Liberyjczyk, kilku Kameruńczyków i Nigeryjczyków. Obywatelstwo dostał także były piłkarz Legii Mamadou Baldé, który w Warszawie był jeszcze Senegalczykiem. - Wolałbym przegrać trzema golami i grać wśród rodaków niż między piłkarzami z różnych krajów. Jeśli twój bramkarz pochodzi z Brazylii, napastnik z Nigerii, a pomocnik z Kamerunu, to już nie jest reprezentacja, tylko klub - narzekał pomocnik Juvenal Edjogo-Owono.

Michelowi polityka władz także się nie podobała. Bał się o atmosferę w szatni, wolał powoływać zawodników kopiących piłkę w słabych krajowych klubach. Na to jego szefowie - wtrącający się do wszystkiego - nie chcieli się zgodzić. W październiku, po kłótni z synem prezydenta - ówczesnym ministrem sportu - Francuz zrezygnował. Po kilku dniach prezydent odwołał potomka i przekonał szkoleniowca do powrotu.

Wtedy o triumfie na mistrzostwach kontynentu trener już nawet nie marzył. Przed grudniowym losowaniem grup PNA mówił, że niezależnie od rywali, jego zespół będzie outsiderem, wygranie meczu porównał do zdobycia Everestu. - Nikt nie chce pomóc mojej drużynie - powiedział Michel. Narzekał na futbolowych działaczy, którzy wypłacali sobie wysokie premie, ale nie zadbali o silnych przeciwników dla reprezentacji, która w ubiegłym roku mierzyła się m.in. z reprezentacją Bretanii. Gdy kilka dni temu okazało się, że działacze powołali do drużyny piłkarza, którego Michel nie chciał, a zgrupowanie przed PNA zorganizowali w RPA (wcześniej obiecywali, że odbędzie się w Ghanie), Francuz zrezygnował po raz drugi. - Pracowałem w jeszcze gorszych warunkach niż wcześniej, miałem mnóstwo problemów z politykami - tłumaczył 64-letni trener. Nowy minister sportu oskarżył go o sabotaż i brak szacunku.

Selekcjonerem mianowano Gílsona Paulo. Brazylijczyk nigdy nie prowadził reprezentacji, nigdy nie zarządzał drużyną klubową. Jego doświadczenie ogranicza się do szefowania akademii Vasco da Gama. Umowę podpisał we wtorek, w piątek jego drużyna zagra z RPA ostatni sparing przed mistrzostwami kontynentu. Kadrę na turniej musi podać do wtorku.

Zwyczaje panujące w Gwinei Równikowej Paulo poznał szybko, prezydent Teodoro Obiang Nguema Mbasogo na dzień przed sparingiem z RPA, zażądał, by mecz rozpoczął się wcześniej. Przywódca zaprosił na spotkanie - inaugurujące stadion Estadio de Bata - przywódców Czadu i Kamerunu. Gdyby piłkarze skończyli grać późno, obaj nie zdołaliby w piątek wrócić do domów.

poniedziałek, 01 sierpnia 2011

Ostrzegam - to będzie zabawa, szanse mistrzów Polski na rozstawienie wciąż są niewielkie. Ale na pewno większe niż kilka tygodni temu. Wtedy przyjmowaliśmy, że do decydującej rundy eliminacji LM dobiją zespoły z najwyższymi współczynnikami UEFA. Podział przed losowaniem wyglądałby tak:

Drużyny rozstawione

Glasgow Rangers

56,028

FC Kopenhaga

51,110

BATE Borysów

23,216

Maccabi Hajfa

21,400

Dinamo Zagrzeb

20,224

Drużyny nierozstawione

Rosenborg

19,375

Partizan Belgrad

15,850

APOEL Nikozja

13,124

Wisła Kraków

10,183

Sturm Graz

8,640

Kolejno: zespół, współczynnik UEFA

Wszystkie drużyny grają jednak w III rundzie eliminacji, a tam w pierwszych meczach kilku faworytów zawiodło. Z dziewięciu meczów III rundy dla krakowian nie ma znaczenia zwycięzca spotkania Zestaponi - Sturm Graz (w pierwszym meczu 1:1), bo obie drużyny mają niższy współczynnik od mistrzów Polski.

Mecze III rundy z udziałem drużyn, które mają wyższy współczynnik od Wisły i wynik pierwszego meczu (wielkimi literami drużyny z wyższym współczynnikiem)

GLASGOW RANGERS - Malmö 0:1

FC KOPENHAGA - Shamrock Rovers 1:0

Ekranas - BATE BORYSÓW 0:0

MACCABI HAJFA - Maribor 2:1

Helsinki - DINAMO ZAGRZEB 1:2

ROSENBORG - Viktoria Pilzno 0:1

Genk - PARTIZAN 2:1

APOEL - Slovan Bratysława 0:0

Zakładam, że awansują FC Kopenhaga, Maccabi Hajfa i Dinamo Zagrzeb. Wszystkie są faworytami i wygrały pierwsze mecze. By Wisła została rozstawiona, muszą wydarzyć się cztery z pięciu wyników:

- Ekranas co najmniej remisuje z BATE na wyjeździe

- Malmö co najmniej remisuje u siebie z Glasgow Rangers

- Viktoria Pilzno co najmniej remisuje u siebie z Rosenborgiem

- Genk broni w Belgradzie przewagi z pierwszego meczu

- Slovan wygrywa w Bratysławie z APOELem Nikozja

Koszyki przed piątkowym losowaniem IV rundy mogłyby wyglądać tak:

Drużyny rozstawione

FC Kopenhaga

51,110

BATE Borysów

23,216

Maccabi Hajfa

21,400

Dinamo Zagrzeb

20,224

Wisła Kraków

10,183

Drużyny nierozstawione

Sturm Graz

8,640

Genk

8,400

Slovan Bratysława

5,899

Viktoria Pilzno

5,170

Malmö

2,825

Kolejno: zespół, współczynnik UEFA

wtorek, 12 lipca 2011
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43